|
Oto kilka cytatów z TRAKTATU Thomasa Dyke Acland Tellefsena (1823-1874) - jednego z ostatnich, a zarazem jednego z najwybitniejszych
uczniów Chopina; wraz z komentarzami do nich.
Chopin powierzył jednemu ze swoich
najulubieńszych uczniów, Norwegowi T. D. A. Tellefsenowi, misję dokończenia Metody.
Jakkolwiek powstały w odpowiedzi na to życzenie Traktat o mechanizmie
fortepianu Tellefsena daleki jest od kompletności i jakkolwiek nie
powinniśmy uważać poglądów jego autora za w pełni równoznaczne z poglądami
Chopina, Traktat dostarcza jednak wartościowego materiału do
przemyśleń i uprawnia do wyciągania wniosków dotyczących zarówno praktyki
ćwiczenia i grania, jak uczenia gry na fortepianie w stylu z pewnością
bliskim chopinowskiego ideału. Źródłem, z którego cytuję, jest tekst Traktatu,
dołączony jako jeden z aneksów do Szkiców do Metody... Chopina,
zebranych przez Prof. Jean-Jacques Eigeldingera, przetłumaczonych na polski
przez Prof. Zbigniewa Skowrona i wydanych w 1995 roku w Krakowie przez
współpracujące z Uniwersytetem Jagiellońskim wydawnictwo MUSICA IAGELLONICA. Gorąco zachęcam do zapoznania się z
całością zarówno Szkiców jak Traktatu oraz innych aneksów, a
także do twórczego przemyślenia tych tekstów; z pewnością warto o ich
problematyce rozmawiać - nic bowiem, oczywiście prócz pracy przy
instrumencie, tak nie rozwija jak wymiana poglądów i dyskusja. Przejdźmy do rzeczy! Tellefsen pisze (świadomie opuszczam tu i
ówdzie dołączone [zapewne przez Tłumacza] terminy francuskojęzyczne obok ich
polskich odpowiedników): "Wszystkie metody, kóre uczą, że trzeba trzymać
rękę nieco niżej, nieco wyżej, zginać piąty palec, zakrzywiać kciuk i
nachylać rękę ku kciukowi, są bez wątpienia błędne, ponieważ każda pozycja
nadana palcom z góry i na siłę powoduje sztywność i wykrzywienie ręki; zwykły
zdrowy rozsądek pozwala od razu ocenić podobne systemy, gdyż, rozpocząwszy
kształtowanie ręki od narzucenia jej pozycji arbitralnej i przeciwnej
naturze, potrzeba długiej i wytrwałej pracy, aby przystosować rękę i
wykorzenić sztywność, której się w najlepsze wierze nabywa, a która nie
istnieje w pozycji naturalnej." "Ręka powinna znaleźć swój punkt oparcia na
klawiaturze, podobnie jak stopy odnajdują go w marszu. Poczynając od wiązania
z barkiem, ramię powinno opadać z idealną swobodą, a palce powinny odnaleźć
na klawiaturze punkt oparcia, który podtrzymuje wszystko; z ciężaru bowiem,
który jest rezultatem ciążenia ramienia i ręki, wynika piękno dźwięku i jego
wolumen." "Każdemu człowiekowi właściwy jest krok w marszu:
cięższy lub lżejszy bądź też - jeśli można się tak wyrazić - bardziej
dźwięczny lub suchy, zależnie od ciężaru ciała, który podtrzymują stopy. Otóż
właśnie! Palce na klawiaturze odgrywają rolę stóp na ziemi, zaś dźwięk
indywidualny ma odpowiednik również w naturalnym dźwięku głosu, dźwięku,
którego używa się do oznajmiania zwykłych spraw życiowych, i który podnosimy
lub obniżamy jedynie z bezpośredniej racji uczuć, jakie pragniemy wyrazić.
Ten jednorodny, spokojny i nieegzaltowany dźwięk tworzy podstawę muzyki i
jest udziałem jedynie niewielu artystów." "Nie waham się stwierdzić, że większość trudności,
na jakie napotyka się w zakresie mechanizmu, stanowią przeszkody stworzone i
wymyślone, jak gdyby ktoś chciał zatrzymać was bez powodu w drodze." "Stara reguła głosi, iż należy czynić możliwie
najmniej ruchu; jest ona znakomita, ale - jak wszystkie reguły - zbyt
absolutna. Ponieważ muzyka jest dla ludzi tym, co charakteryzuje się
największym ruchem, byłoby dziwne, gdyby wykonawca odtwarzający ów ruch sam
się nie poruszał. Bezruch, jaki poleca się na początku uczniowi, odpowiada
najczęściej popadaniu w sztywność." "Najpoważniejszą przeszkodą, na jaką natrafia
rozwój muzyczny jest bez wątpienia ogłupiające korzystanie z wszelkiego
rodzaju ćwiczeń [...]. Owa gimnastyka (gdyż nie ma tu udziału żaden element
muzyczny), [...] nie może służyć niczemu, gdyż nie stosuje się ona do
niczego." "...przyjrzyjmy się tym ubogim ćwiczeniom, z
których każde obiecuje najpiękniejszy rezultat, jeśli tylko zechce się mu
poświęcić trzy lub cztery godziny dziennie. Nie zostaje naturalnie w ten
sposób w ogóle czasu dla muzyki. Krok po kroku ulega się ogłupieniu, tracąc
zupełnie wrażliwość na kwestie prawdziwie muzyczne i artystyczne. Nie widzi
się innego celu poza uderzaniem oktaw i tercji całą siłą ramienia oraz
graniem tam i z powrotem gam z możliwie największą szybkością" "Jeśli chce się grać wszystkie gamy każdego dnia,
ćwiczyć oktawy, tercje, seksty oraz niezliczone pięciopalcówki całymi
godzinami, staje się to monstrualnym wysiłkiem, który prowadzi do stępienia
umiejętności i do zabicia wszelkiej świeżości umysłu i serca. Trzeba
oczywiście ćwiczyć, ale działając zgodnie z porządkiem i metodą."
Przytoczone opinie Tellefsena, jak sądzę,
wystarczająco wyraźnie charakteryzują jego poglądy na technikę gry na
fortepianie oraz na metodę pracy nad jej doskonaleniem. Podobnie jak jego
niezwykły Mistrz, Chopin, któremu pozostał on wierny od "pierwszego
wejrzenia" aż do przedwczesnej śmierci, Tellefsen jest daleki od
proponowania jakichkolwiek "ogłupiających praktyk" i jest pod tym
względem niemal równie nowoczesny jak Chopin.
(Tu widzę konieczność wprowadzenia małej
KRYTYCZNEJ dygresji: kartkując niezwykle wartościową książkę Prof.
Eigeldingera (Chopin w oczach swoich uczniów, Musica Iagellonica, Kraków
2000), natknąłem się na takie oto zdanie - "Chopin, który wysuwa na
pierwszy plan koncentrację umysłową, nie wykreował swej techniki poprzez
wielogodzinne praktykowanie czysto mechanicznych ćwiczeń..." (s.129). Niestety, pisząc tak, Prof. Eigeldinger
kreuje jednym pociągnięciem pióra lekko - delikatnie mówiąc - fałszywy obraz
chopinowskiej formuły: - to, co Prof. Eigeldinger chciał -
podejrzewam - wyrazić, to zapewne nie "koncentracja umysłowa",
która z pewnością byłaby właściwa Chopinowi gdyby był filozofem lub
matematykiem, a pełna "koncentracja artysty na realizowanym zadaniu"!
To jest już jednak zupełnie inna JAKOŚĆ.)
Wątkami, na które - moim zdaniem - z kilku
powodów należałoby zwrócić szczególną uwagę w cytatach z Tellefesena są: 1. Nonsens "ustawiania ręki"
jako niezależnego i odrębnego zadania, od którego tradycyjna (nie stosująca
się do chopinowskich zaleceń) pedagogika pianistyczna zaczyna swą "drogę
przez mękę do nikąd". 2. Problem "oparcia". 3. Zagadnienie "dźwięku
indywidualnego". 4. Naturalność ruchu w ogóle. 5. Ćwiczenie. Na koniec dołączam też malutki komentarz
ogólny, dający światło na pewien jeszcze inny aspekt problemu... Oto rozwinięcia poszczególnych punktów: 1. Podobnie, jak uznalibyśmy za absurd
pomysł "ustawiania nóg" u dopiero raczkującego dziecka, by POTEM -
po szczęśliwie dokonanym ustawieniu - mogło ono wreszcie PRAWIDŁOWO
CHODZIĆ, za nieporozumienie wypada przyjąć rozpoczynanie nauki gry na
fortepianie od tzw. USTAWIANIA APARATU w oderwaniu od jakichkolwiek ZADAŃ
MUZYCZNYCH. Przecież to, co ogólnie nazywamy techniką
instrumentalną, nie powinno być WŁĄCZNIE rozumiane jako "prawidłowe
funkcjonowanie palców i w ogóle rąk" - technika, to kompleks wielu PSYCHO-FIZYCZNYCH
umiejętności związanych z samodzielnym rozwiązywaniem różnorodnych zadań
wykonawczych. Wśród tych umiejętności na pierwszym miejscu trzeba wymienić nawyk
kojarzenia adekwatnie rozpoznawanych wzrokiem i umysłem znaków graficznych
[nut] z określonymi OBRAZAMI "sytuacji emocjonalnych", które muszą
dopiero być WYKREOWANE w naszej wyobraźni jako emocjonalnie i intelektualnie
aktywne, atrakcyjne tło, nie posiadając którego muzyk byłby skazany na
"granie z próżni"; nie na darmo mówi się o niektórych wykonaniach,
że są "puste", że "nie przekonują", a o niektórych
wykonawcach, że "nie mają NIC do powiedzenia". Umiejętność druga, to związany z POTRZEBĄ
WYRAZU nawyk opowiadania o wykreowanych OBRAZACH poprzez dźwięk - przez
dokonywanie stosownych do wymyślonej SYTUACJI EMOCJONALNEJ zmian w jego
charakterze (ciszej, głośniej, jaśniej, ciemniej, radośniej, smutniej,
tanecznie, marszowo, bardziej ostro lub bardziej łagodnie itd., itp). Praca nad elementarnie WYRAZOWYMI
aspektami brzmienia musi być prowadzona zawsze, stale i wciąż, a najbardziej
skuteczną techniką pedagogiczną jest ustawiczne BUDZENIE (aktywizowanie)
FANTAZJI i SAMOKONTROLI SŁUCHOWEJ ucznia, studenta - i siebie. Ta
praca nie nuży! Ona ROZWIJA zarówno uczącego się jak pedagoga i daje szansę
prowadzenia całego procesu szkolenia i wychowania jako INTERAKCJI i DIALOGU,
słowem - jako współpracy. Taka właśnie praca musi być prowadzona od
pierwszego spotkania pedagoga z jego przyszłym uczniem, jeszcze zanim
pianista in spe przystąpi do prób wydobycia pierwszego dźwięku z
fortepianu. Uwagi dotyczące ZEWNĘTRZNYCH form ruchu
powinny być bardzo dyskretne, tak by uczący się nigdy nie odczuł ingerencji
nauczyciela jako arbitralnego "narzucenia" [Tellefsen] jego rękom
rzekomo stosownych dla nich "pozycji". Wszelkie tzw. zasady
"nieco niżej, nieco wyżej, zginać piąty palec, zakrzywiać kciuk,
nachylać rękę ku kciukowi", etc - nie mają przecież zastosowania we
wszystkich bez wyjątku sytuacjach motorycznych, z jakimi spotykamy się
w utworach. Wręcz przeciwnie: każda sytuacja jest inna, innemu bowiem
WYRAZOWI służą - dla przykładu - tercje na początku Op. 2 Nr 3 Beethovena,
innemu w Grand Duo Concertante Webera, a jeszcze innemu i w inny
sposób, na przykład, w każdej z wielkich Etiud tercjowych - Chopina i
Debussy'ego. Pierwsze dźwięki, jakie uczeń ma wydobyć z
fortepianu TEŻ muszą mieć za zadanie ZBUDOWANIE w wyobraźni i WYRAŻENIE przez
dźwięk jakiegoś OBRAZU: "Maszeruje Jaś", "Kot goni mysz",
"Spacer babuni", "Przebudzenie wuja" itp. Bardzo nieciekawymi konsekwencjami owocuje
wiara w możliwość "zrobienia techniki" OSOBNO, najpierw - a potem
już tylko GRANIA; technikę trzeba wypracowywać latami - właśnie - grając,
czyli - kreując obrazy stosowne do idei [myśli przewodnich] odkrywanych
wspólnie w tekście każdego utworu. A na początku trzeba niewprawnym palcom po
prostu POZWOLIĆ DZIAŁAĆ na miarę aktualnych możliwości "głowy". (Cóż z tego, że uczeń będzie poprawnie trzymać pióro,
skoro jego umysł nie będzie w stanie znaleźć odpowiedzi na pytanie: "ile
jest 2 x 2", "16 x 23", "638 : 344", czy wreszcie
"230004,43 x 63708,22" (Visions de l'Amen...)?) W muzyce, nawet w tzw. basie Albertiego
czy dowolnego rodzaju repetycji, nie ma dwu identycznych
"sytuacji manualnych"; wszystko - a więc nie tylko to co
artystycznie jest choć trochę bardziej wartościowe, ale ze względu na NATURĘ
MUZYKI, dosłownie wszystko JEST STALE INNE, stale zmienne. FAKTYCZNIE, każdy
przebieg muzyczny jest trwającym w czasie ROZWOJEM, a konsekwencją tej prawdy
powinna być - myśląc o minimach - bodaj chęć ODCZUWANIA nawet najkrótszych
dźwięków [Chopin: "umieć grać dźwięki długie i krótkie"; Szkice
do Metody..., s. 42] jako wewnętrznie "ruchomych" elementów
wielkiej i stale rozwijającej się linii [zwróć uwagę także na ten link]. (Nie jest możliwe, by każdy dźwięk z osobna był w
świadomości, a zwłaszcza podświadomości grającego ODCZUWANY jako zjawisko w
swej istocie nieruchome - a "całe" granie było odbierane jako
"żywe"... Na podobnej zasadzie, aby pociąg rzeczywiście jechał -
każdy wagon musi być w ruchu. I nie ma tak, by cały organizm był zdrowy gdy
CHOĆ JEDNA KOMÓRKA jest chora...) Powinniśmy więc i sobie samym i naszym
uczniom raz na zawsze uświadomić, że RAZ NA ZAWSZE ustalonymi "pozycjami
ręki" raz na zawsze odgrodzamy się od szansy znalezienia rzeczywistej
wygody w grze. Ręce bowiem, które mają umożliwiać swobodny przepływ energii
WYGENEROWANYCH przez emocje i myśli, aby temu zadaniu podołać, nie mogą
przepływu energii hamować przez nadmierne napięcia i jakiekolwiek z góry
narzucone "pozycje" aparatu. (Kiedy byłem jeszcze uczniem PSM II st w moich
rodzinnych Kielcach, moja ówczesna nadzwyczajna Pani Profesor Anna Stefańska nieraz ze wzruszeniem wspominała swego Profesora z
Konserwatorium Warszawskiego, "Arcymistrza" (opinia Zbigniewa
Drzewieckiego) Aleksandra Michałowskiego
mówiąc: "Słuchaj, On miał palce jak z WATY...!". Wówczas,
zapatrzony w pianistykę amerykańską i wyobrażający sobie, że do uzyskania
stalowego brzmienia i atomowej precyzji trzeba mieć "stalowe"
palce, uważałem Jej słowa niemal za świętokradztwo, a w każdym razie
traktowałem je jak przejaw bardzo daleko idącej niekompetencji! Dziś muszę
bić się mocno w piersi bo po wystarczająco głębokim zapoznaniu się zarówno z
Ideą Chopina, jak z wielką tradycją Lisztowską (chodzi oczywiście nie o
POGLĄDY młodego Liszta, ale o OPISY tego co robił dojrzały Liszt-Mistrz) oraz
po przeżyciu iluminacji związanej z usłyszeniem i ZOBACZENIEM niedościgłej
pianistyki wielkiego Józefa Hofmanna - muszę powiedzieć, że Prof. Anna była bardzo bliska
prawdy: palce zresztą nawet nie z "waty" muszą być
"zrobione" - one powinny być z "powietrza" albo jeszcze
lepiej - z jakiejś "kosmicznej mgły". Nie na darmo też Prof. Karol Szafranek, u którego miałem szczęście uczyć się prywatnie przez
dwa lata, powiedział: ręka ma być pusta - "jak rura"... On poszedł,
widać, jeszcze dalej w kierunku techniki, dla której MATERIA nie ma stanowić
żadnego problemu. Oczywiście, pod warunkiem, że stawianym jej zadaniom
NAJPIERW da radę głowa.)
2. Dyskusyjnym i NIE DO KOŃCA omówionym
problemem wydaje mi się u Tellefsena kwestia tzw. oparcia. Przypomnijmy raz
jeszcze jego myśl, "Każdemu człowiekowi właściwy jest krok w marszu:
cięższy lub lżejszy bądź też - jeśli można się tak wyrazić - bardziej
dźwięczny lub suchy, zależnie od ciężaru ciała, który podtrzymują stopy. Otóż
właśnie! Palce na klawiaturze odgrywają rolę stóp na ziemi..." Gdyby rzeczywiście i dosłownie tak było
jak Tellefsen pisze, pianiści pod względem "dźwięku indywidualnego"
musieliby dzielić się na kategorie wagowe, jak zapaśnicy czy bokserzy! To
absurd i dlatego szkoda, że Tellefsen szerzej nie rozwinął tego bardzo ważnego
wątku. Oczywiste jest dziś dla wielu z nas - profesjonalnie zajmujących się
fortepianem, że "z ciężaru bowiem, który jest rezultatem ciążenia
ramienia i ręki, wynika piękno dźwięku i jego wolumen" - jednak to, JAK
będziemy gospodarować ciężarem [Olga Łazarska] ręki - jest już zupełnie odrębnym
zagadnieniem. Aby nie powtarzać za każdym razem tego samego, zainteresowanych
sprawą Czytelników tego tekstu proszę o zerknięcie tutaj; szczególnie Przykłady od III do VI mogą
dostarczyć bardzo wielu informacji związanych z problemem
"oparcia". Dziękuję!
3. "...dźwięk indywidualny ma
odpowiednik ... w naturalnym dźwięku głosu, dźwięku, którego używa się do
oznajmiania zwykłych spraw życiowych, i który podnosimy lub obniżamy jedynie
z bezpośredniej racji uczuć, jakie pragniemy wyrazić. Ten jednorodny,
spokojny i nieegzaltowany dźwięk tworzy podstawę muzyki i jest udziałem
jedynie niewielu artystów." Problem zapewne dotyczy nie tyle indywidualnego,
spontanicznego, zależnego od sytuacji i nastroju podejścia do interpretacji
jakiegoś utworu (wielu z uczniów Chopina zwracało uwagę na ten aspekt jego
niepowtarzalnego mistrzostwa); Tellefsen, jak sądzę, myśli o czymś znacznie
głębszym, o tym, że niezależnie od tego - JAK by się coś grało i niezależnie,
JAK by się coś komponowało, tylko niewielu artystom udaje się w takiej czy
innej twórczości zachować w pełni indywidualny rys. W pianistyce mamy
zaledwie kilka tego typu przykładów: z zachowanych, żeby nie wiem jak
technicznie niedoskonałych nagrań, wyraźnie "przemawiają" do nas
Paderewski, Hofmann czy Rachmaninow; bardzo "czytelne" są też
nagrania Sofronickiego i Horowitza. Natomiast pretendujący do
"obiektywizmu" pianiści [o żyjących tylko dobrze, a najlepiej -
wcale...] nie są w ogóle rozpoznawalni. Poruszona przez Tellefsena kwestia dźwięku
indywidualnego bynajmniej nie powinna należeć do grupy zagadnień nie
mających odniesienia do pracy nad techniką pianistyczną - również - w jej
najwcześniejszych fazach. Wręcz przeciwnie, nawet najmniej uzdolnieni
uczniowie powinni być od samego początku wdrażani do OSOBISTEGO WYRAŻANIA się
przez muzykę. I nie ma żadnego znaczenia to, że podejmowane
przez nich próby mogą być artystycznie małowartościowe; chodzi tu bowiem o
coś znacznie bardziej ważnego: o to, że jeśli nauczyciel nie będzie stale domagał
się podejmowania prób indywidualnej wypowiedzi nawet od najmniej (mam
doprawdy bardzo bogate doświadczenie w tym zakresie) zdolnego ucznia, to
zarówno uczeń jak i on sam szybko wytracą emocjonalny ROZPĘD i cały proces na
tyle się "wychłodzi", że może utracić jakiekolwiek znamiona
TWÓRCZEGO ZAJMOWANIA SIĘ SZTUKĄ i przemienić w PRZEKAZYWANIE wiedzy i warsztatu
(jeśli pedagog sam ćwiczy...), a to daleko za mało by WYCHOWAĆ artystę,
zwłaszcza - "w krótkich spodenkach". Poza wszelką dyskusją
musi być fakt tylko negatywnie oddziałującego "gaszenia" motywacji
adepta (na każdym poziomie), do czego dochodzi bardzo łatwo gdy nie wymaga
się od niego by starał się "mówić we własnym imieniu"; powtarzanie
nawet najlepszych wzorców musi w końcu znudzić.
4. O naturalności ruchu, a zwłaszcza o jej
niezbędności powiedziano już i napisano tak wiele, że wszelkie próby
ponownego podejmowania tego wątku mogą wydawać się niemal bezsensowne... A jednak, a jednak wcale tak dobrze z naturalnością
i jej rozumieniem nie jest. A to z dwu powodów: - po pierwsze, z powodu FAŁSZYWEGO
utożsamiania "naturalności ruchu" z "pięknem gestu"; jest
to najczęściej popełniana i mająca najsmutniejsze konsekwencje pomyłka.
Oczekujemy (TEŻ TAK GRZESZYŁEM przez conajmniej 25 pierwszych lat mojej
praktyki pedagogicznej), by to co nazywamy "ruchami pianistycznymi"
(lub jeszcze bardziej groźnie - ułożeniem rąk) cieszyło nasze i
słuchacza OKO...! - po drugie, ze względu na ten właśnie
błąd NIE UWZGLĘDNIAMY w naszym myśleniu najważniejszej kwestii, o której
zresztą wspominałem w pkt. 1. Wypada powtórzyć jeszcze raz: każdy przebieg
muzyczny jest trwającym w czasie ROZWOJEM, a konsekwencją tej prawdy powinna
być przynajmniej chęć, a najlepiej - umiejętność ODCZUWANIA nawet
najkrótszych dźwięków [Chopin: "umieć grać dźwięki długie i
krótkie"; Szkice do Metody..., s. 42] jako wewnętrznie
"ruchomych" elementów wielkiej i stale rozwijającej się linii [zwróć uwagę także na ten link]. Ruch pianistyczny dopiero wtedy zaczyna
mieć coś wspólnego z naturalnością gdy jego charakter [natura właśnie]
zaczyna wspomagać (podtrzymywać, służyć jej pomocą) NATURĘ MUZYKI, którą
chyba powinniśmy rozumieć jako nieustanny rozwój zdarzeń muzycznych -
dokonujący się w Czasie, należący do Czasu i w związku z tym, który powinien
- podobnie jak Czas - mieć charakter ciągły, niezależnie od pauz i
ewentualnych przerw między fazami [częściami] formy. Dlatego wszelkie ruchy (sposoby
artykułowania dźwięku), które - najczęściej na skutek zwyczajnej
nieświadomości rzeczy - nie tylko nie wspierają NATURALNOŚCI [wewnętrznego i
zewnętrznego; w sferze Idei i w sferze Dźwięku] rozwoju muzyki, ale go
niekiedy wręcz brutalnie niweczą, powinny być uznane za NIENATURALNE i jako
takie, pozbawione racji bytu w naszej praktyce instrumentalnej i pedagogicznej.
Tellefsen, niestety - i na tym miejscu
musimy mu to wytknąć - popada w leciutki dogmatyzm rozważając kwestię
"naturalności ruchu pianistycznego". Oto bowiem, z jednej strony [Szkice
do Metody..., s. 79] powiada on, że "ramię powinno opadać z idealną
swobodą", z drugiej zaś [s. 75] żąda, by "począwszy od łokcia aż po
końce palców..." ręka przyjęła pozycję zapewniającą mięśniom "linię
prostą". Prawdę mówiąc nie bardzo rozumiem "co artysta chciał przez
to powiedzieć"...? Do tego zaś wszystkiego powołuje się on na jakieś
bliżej nieokreślone "prawo fizyki", które podobno głosi, że
"dźwignia uderza z największą siłą, gdy stanowi linię prostą" [s.
75]. Coś mi się tu nie zgadza i - co
najważniejsze - nie wyobrażam sobie, by Chopin, na którego autorytet Tellefsen
się ustawicznie powołuje, miał akurat ochotę "walczyć" z klawiaturą
przy pomocy maksymalnie silnego bicia jej "dźwignią PROSTĄ" ...?!
5. Chopinowski styl w pracy nad techniką i
nad utworami (możemy go równie dobrze nazwać stylem późnolisztowskim czy
hofmannowskim, możemy też mówić o nim jako o stylu pracy Godowskiego czy
Neuhausa) - zdecydowanie różni się od stylu MŁODO-LISZTOWSKIEGO, który
odcisnął tak niezwykle mocne, wręcz złowrogie piętno na całej
"tradycyjnej" pedagogice pianistycznej worldwide. Inny jest
bowiem w pro-chopinowskiej pedagogice pianistycznej kierunek myślenia i - co
z tym związane - inne jest w niej rozłożenie akcentów; inna jest w niej po
prostu cała technologia pracy. Po pierwsze: traci na znaczeniu faza
pierwsza, czyli - PRZYGOTOWYWANIE APARATU gry do REALIZACJI ZADAŃ, do których
określenia zresztą najczęściej nawet w "tradycyjnym" podejściu do
techniki pianistycznej nie dochodzi ze względu na niemożność ostatecznego
przygotowania "ręki" do gry. Ręce zdają się być u reprezentantów
tego kierunku jakby NIGDY NIEGOTOWE, a jest tak dlatego, że w gruncie rzeczy
nie stawia się rękom żadnych artystycznie istotnych zadań, domagając się od
nich za to zdobycia jakichś zupełnie abstrakcyjnych, nie mających
praktycznego zastosowania - wymyślonych sprawności. Tellefsen ma, moim
zdaniem, pełną słuszność pisząc [Szkice do Metody..., s. 79; por. też
z poglądem Chopina, Szkice..., s. 40], że "większość trudności,
na jakie napotyka się w zakresie mechanizmu, stanowią przeszkody stworzone i
wymyślone". PRZYGOTOWYWANIE APARATU gry - do gry - trwa w zasadzie
nieprzerwanie i nie kończy się nigdy. Doznaje niezwykłej ulgi ten, kto to sobie
uświadomi i przestanie się dręczyć myślą, że "jeszcze niegotowy"; z
techniką jest po prostu tak samo jak z bogactwem lub świętością - nigdy TEGO
dosyć... Po drugie: nabiera znaczenia kwestia
WYRAZU artystycznego, czyli poszukiwania jakiegoś wyższego sensu,
który usprawiedliwiałby rację takiego-a-nie-innego sposobu zaistnienia
konkretnej frazy, motywu czy wręcz całej Formy; pukanie palcami w klawiaturę,
nawet godzinami, nie daje przecież gwarancji dokonania postępu "w
sztuce". Sztuka bowiem - to czyste Piękno, do którego ukonkretniania i
wyrażania w pierwszym rzędzie potrzebne jest POJĘCIE jego istoty (zrozumienie
- w czym się ONO wyraża), a do którego realizacji praktycznej nie tyle
potrzeba SIŁY PALCÓW, co UMIEJĘTNOŚCI korzystania z danych nam przez naturę
możliwości. Kto nie wierzy, że taka opcja praktycznie się sprawdza albo nie
wie JAK się do jej realizacji zabrać - niech przybywa do nas, zapraszam serdecznie! Post scriptum: okazuje się (napomknąłem o
tym w poprzednim zdaniu), że całą technikę buduje się raczej na OGRANICZANIU
wydatku energetycznego niż na przygotowywaniu mięśni do coraz większych
wysiłków fizycznych. Kto nie wierzy - niech spróbuje sam, vide: zdanie
poprzednie + link!
Na koniec obiecany malutki komentarz ogólny,
dający światło na pewien jeszcze inny aspekt problemu... Tellefsen pisze: "Wiem dobrze, że
systemy te wydały utalentowanych pianistów; nigdy nie wątpiłem w siłę
cierpliwej i wytrwałej pracy, nawet jeśli podążała ona fałszywą drogą.
Jednakże tej równowagi, tego spokoju, który udziela talentowi doskonałe
podporządkowanie się spójnym zasadom nie można osiągnąć inaczej. Zawsze też
coś niepewnego, jakiś nieokreślony niepokój towarzyszy talentowi rozwiniętemu
na tej drodze, która odbiega od prawdy." [Szkice do Metody..., s.
76]. Przytaczając tę opinię i w zgadzając się z
nią całkowicie chcę teraz przypomnieć pewną znaną prawdę, zgodnie z którą im
większy talent ucznia, tym mniej istotne wskazówki nawet genialnego pedagoga,
aż do momentu, w którym mielibyśmy do czynienia z olśniewającą potęgą
geniuszu, któremu doprawdy nikt nic nie ma do zaoferowania (abstrakcja to,
ale warto sobie uświadomić taką, bodaj teoretycznie, ewentualność). Że jednak
najwięcej bywa przypadków średnich - rola pedagoga niepomienie wzrasta... Spójrzmy na zakończenie na kilka przykładów
z historii, wnioski pozostawiając domyślności każdej Czytelniczki i każdego
Czytelnika: - Chopin; jak podaje Prof. Mieczysław Tomaszewski
"Pierwszych wtajemniczeń w grę na fortepianie dokonała - według tradycji
rodzinnych - siostra Ludwika. Naukę regularną rozpoczynał sześcioletni Chopin
u Wojciecha Żywnego [powiedzmy delikatnie - średniej klasy czeskiego
skrzypka; S.K.]". Prof. Tomaszewski pisze dalej, "Chopin nie
miał poza nim innego nauczyciela fortepianu." (M. Tomaszewski, Chopin,
wyd. Podsiedlik-Raniowski i S-ka, s. 24). - Józio Hofmann, największy geniusz pianistyczny po
Liszcie i Chopinie, jako 10 letni chłopak recitalem w Metropolitan Opera i 52
(pięćdziesięcioma dwoma) koncertami w wielu miastach USA "rzucił na
kolana" amerykańską publiczność i krytykę. Tak renomowani znawcy jak
Henry Krehbiel (1854 -1923, New York Tribune) czy W. J. Henderson (1855 -
1937, New York Sun) nie wierzyli własnym uszom: "To nie jest
dziecko", pisali, "To jest pianistyka nieporównywalna do
czegokolwiek co dziesiejszy świat jest w stanie zaoferować". Hofmann
wówczas grał Koncerty Beethovena, Mendelssohna, Webera i Liszta, a do
tego wielką rozmaitość utworów repertuaru solistycznego. A przedtem uczył się w Krakowie u ojca -
Kazimierza, dyrygenta Opery. Wielki Anton Rubinstein był nawet zdania, że Hofmann to
"największy geniusz muzyczny, jaki kiedykolwiek stąpał po Ziemi";
dziś opinię Rubinsteina możemy uznać za przejaw egzaltacji, ale skoro ten wielki
muzyk, uznawany za realnego konkurenta Liszta, TAK oceniał talent
kilkunastoletniego Polaka, to chyba jego opinii "tak całkiem" nie
można lekceważyć. - Leopold
Godowski; w progi
Akademii (wiedeńskiej, dodajmy dla sprawiedliwości) wszedł dopiero jako profesor,
obejmujący klasę mistrzowską po Busonim. Czy wyobrażacie sobie, że to
"ułożenie rąk", "siła mięśni" albo "stalowe
PALCE" doprowadziły tych Panów na niebotyczne wyżyny mistrzostwa? Może jednak COŚ INNEGO warunkowało ich,
chyba niekwestionowalne, sukcesy artystyczne...? Może więc warto TYM CZYMŚ zacząć się w
końcu poważnie zajmować, SKORO zajmowanie się mięśniami i "ustawianiem
rąk" jakoś niewiele daje, oprócz - oczywiście - zajęcia i dochodów dla
masażystów i ortopedów...?
Takie oto wnioski nasunęły mi się po
lekturze Traktatu Tellefsena. Bardzo byłbym wdzięczny za każdy
krytyczny komentarz! Powtarzam to po raz kolejny: nigdy dość krytyki i nigdy
dość dyskusji, oczywiście - pod warunkiem, że ĆWICZYMY sami i stale oraz
wciąż pracujemy nad warsztatem instrumentalnym przy fortepianie.
Do miłego zobaczenia i usłyszenia! - S.K. Aktualizacja: 2007-02-23 |