Sonia pisze tak:

 

"A teraz skończ robić to – co robisz, zaparz sobie kawę i usiądź wygodnie, bo to będzie bardzo długi mail..."

 

 

 

A to rzeźba z parku otaczającego leśniczówkę w Praniu.

 

 

 

OK. Tak zrobiłem i zabralem się do czytania. Mail nie był niestety tak długi, jak oczekiwałem. Moje komentarze uzupełniają go wydatnie, a są w zieleni, dajmy na to – dlatego – by  wzmocnić naszą dobrą pamięć o Autorze Zielonej Gęsi... (niedawno, bo 23 stycznia 2007 były Jego 102 Urodziny; KTO je zauważył?) Sonia pisze więc tak:

 

"Właśnie czytam, słucham i oglądam to, co mi przysłałeś i to wszystko jest wspaniałe!! Może to zabrzmi trochę śmiesznie, ale spodziewałam się, że od kogoś to wszystko w końcu usłyszę!! To mi dodaje skrzydeł!!! Ale po kolei...

 

Jak wiesz gram już "parę lat", ale tak na prawdę MYŚLEĆ grając zaczęłam dopiero od września 2006. Za sobą zostawiłam to, co mnie trzymało do tej pory – granie ramieniem, siłą – a przynajmniej wydawało mi się, że się tego pozbyłam. Jednak nie do końca okazało się to prawdą. Wybacz, że piszę w takim chaosie, ale jestem tak pozytywnie zaskoczona tym wszystkim, co właśnie przeczytałam, że mi dech zaparło!! Zaraz wszystko postaram się wyjaśnić!"

 

- No, popatrz, popatrz: jak różne wnioski można z tych samych lektur wyprowadzać! Moim zdaniem to wcale nie należy  gniewać się na RAMIĘ ('na ramieniu broń'), a wręcz przeciwnie; trzeba się tylko nauczyć jego właściwego używania! Na dobrą sprawę to przecież chodzi nam o scalanie, zintegrowywanie RĘKI napowrót w jedną wspaniale działającą całość. Cała tzw. "tradycyjna tradycja" fortepianowa bezgrzesznie, bo niechcący, bez śladu świadomości tego co czyni, doprowadziła do tego, że w trakcie uczenia rozmontowuje się na części POJĘCIE tego, czym jest ręka pianisty jako całość i w ogóle nie interesuje tym, w jaki sposób jej poszczególne elementy  powinny się w procesie gry nawzajem wspierać i uzupełniać.

 

"Taki/taka jeden czy drugi/jedna czy druga" umieszcza w tekście tego czy innego artykułu taki:

 

Rys. 1

 

 

 

 

 

czy taki obrazek:

 

Rys. 2

 

 

 

 

 

...mający w jej/jego pojęciu odkrywać najgłębsze tajniki pianizmu (ha!) i już gotów/gotowa jest pretendować do miana FACHOWCA, a w każdym racie faceta lub facetki ujmującej/ujmującego PROBLEM w sposób naukowy (ha!)...

 

Co najgorsze – to myślenie i oparte na nim działanie tak faktycznie, to separuje etylko ręce od myślenia i emocji. Problem jeno w tym, by ramię stało się elastycznym instrumentem przewodzenia artystycznie zorientowanej myśli, a nie DŹWIGNIĄ, do której przyczepione są luźno dyndające palce. W kwestii ramienia koniecznie polecam zainteresowanie się graniem Mitsuko Uchidy; jest Wielka – oczywiście NIE DLATEGO, że akurat wyjątkowo wyraźnie używa w swojej grze RÓWNIEŻ ramienia, ale dlatego, że jest fascynującym muzykiem o niesamowitej wyobraźni i wyczuciu stylu, zwłaszcza Mozarta (niczego innego niż Mozart i Schoenberg w jej nagraniu nie słyszałem, ale jestem pewien, że wszystko u niej musi być CONAJMNIEJ bardzo interesujące!

 

"Otóż od dziecka byłam prowadzona przez jedną nauczycielkę. Z nią zawsze szukałyśmy dźwięku i wyrazu. Nawet kiedy czytałam a vista, to nierozerwalnie z poznawaniem samego tekstu poznawałam wszystko, co związane z owym CELEM gry. Ale do czego zmierzam – rok temu rzuciłam granie. Nie dlatego, że nie chciałam grać, tylko najzwyczajniej – bałam się grać. Kiedy zaczęłam spotykać się na konkursach albo przesłuchaniach z ludźmi "wymiatającymi", stwierdziłam, że nie mam czego w tej dziedzinie szukać (a przynajmniej wtedy tak mi się wydawało). Przez calutki rok nie robiłam niemalże nic i kiedy w wakacje 2006 wróciłam jednak do grania (bo tak na prawdę NIE MOGĘ w życiu nie grać), to okazało się, że coś we mnie się zmieniło. Nie wygrywałam nut, mąciłam szybkie fragmenty, bolała mnie ręka. Stwierdziłam więc, że muszę po prostu więcej grać. I grałam: SIŁĄ, CAŁĄ RĘKĄ. Aż mnie ciarki przechodzą, kiedy przypomnę sobie, jak mnie mięśnie bolały. A trzeba Ci wiedzieć, że jestem OKROPNIE upartym i bardzo wytrzymałym człowiekiem, kiedy bardzo mi na czymś zależy :)"

 

- Naprawdę sądzę, że to tylko błąd w diagnozie: wypracowałaś ją sobie w gorączce bólu i odium z takiego czy innego powodu akurat "padło" na tę biedną CAŁĄ RĘKĘ. A przecież to nie ONA pchała się ze swymi usługami – to przecież Twoja (niby wolna...!) niby nieprzymuszona wola, której zbiornik bynajmniej nie w ręce się ukrywa, wymuszała na Twojej zdezintegrowanej ręce zachowania, które Ty jako nierozerwalna mind & body całość odbierałaś jako psychofizyczny SKANDAL.   

 

"W tym przypadku zależało mi na tym, żeby wrócić do poprzedniej formy i rozwijać się dalej. Skąd mogłam wiedzieć, że nie tędy droga? Moja Pani Profesor widziała, że coś jest nie tak i chyba nawet starała się to zmienić, ale ja-uparciuch dalej okaleczałam fortepian i pewnie nie raz się w niebie Szymanowski albo Chopin popłakali, słysząc moje INTERPRETACJE..."

 

- Twój samokrytycyzm przynosi Ci zaszczyt i o ile zostanie właściwie oceniony, kiedyś otrzymasz (jakąś Niebieską) Nagrodę. Bo jeśli nie – to srogo za skromność duszy zapłacisz (czego Ci nie życzę). Pamiętajmy, że każdy DOBRY UCZYNEK będzie nam POLICZONY...

 

Szkoda tylko, że nie wiemy – jak.

 

"Od jesieni 2006 mniej więcej zaczęłam SŁUCHAĆ INNYCH, jeździć na konsultacje, wykłady i wiesz co? Nic się nie zmieniało. Dalej wszystko było wbrew moim oczekiwaniom. Można było popaść w depresję!! Nie grałam już siłą, ale za to popadłam w drugą skrajność - PEŁEN LUZ."

 

- O, jakże miło mi to słyszeć! "Pełen luz" to jedno z moich ostatnio najwjększych odkryć. Sytuacji, którą opisujesz powinni jak ognia unikać zwłaszcza malarze-bataliści: dostatecznie luźno trzymany pędzel po prostu WYPADA z dłoni. Takoż rzeźbiarze: odpowiedni trening stosownie wzmacniający RĘKĘ w celu uzyskania pełnego LUZU sprawia, że młotek osuwa się po głazie i trafia jedynie w palec wystarczająco mocno rozluźnionego Artysty (pamiętamy, że Mistrz Konstanty jest Patronem naszych dzisiejszych rozważań!).

 

"Na początku wydawało mi się to niebem: grało się lekko, przyjemnie, bez żadego wysiłku, ale z czasem okazało się, że dźwięk jest dalej bez wyrazu, matowy, szary, mdły, nijaki – i dalej wlokły się problemy techniczne małych, drobniutkich, szybkich wartości. Jak mnie to irytowało!! Naprawdę!!

 

Aż w KOŃCU, mniej więcej dwa miesiące temu, chyba zrozumiałam!! Jak zawsze i we wszystkim w życiu – złoty środek!!! Nie siła i nie pełen luz, tylko sposób DOSTOSOWANY do wszystkich możliwych na klawiaturze sytuacji. Nie można go chyba nazwać, bo on za każdym razem jest inny!! Kiedy gram Bacha, mogę go zagrać na kilkanaście różnych sposobów. Chopina, Griega, Rachmaninowa i innych też gram inaczej – w różnych kompozycjach i nawet w jednym utworze – inaczej. I nie tylko frazowanie jest inne, nie tylko dynamika czy poszukiwania polifoniczne, ale DŻWIĘK – dźwięk jest inny!! Ja się czuję, jakbym wygrała coś na loterii! To jest taki stan szczęścia, bo zaczynam grać coś, co dawno słyszałam w myślach, w głowie, bo ja często wiem, jak coś ma brzmieć, ale nie potrafię tego zagrać, jestem jak ślepy – macam te klawisze i ciągle szukam, ciągle nie jestem pewna, a dzisiaj, ten list, to, co czytam, DAJE MI PEWNOŚĆ, że to, jak pracuję – jest dobre i że będzie owocowało dalej.

 

To wszystko nie znaczy oczywiście, że wydarzył się jakiś cud – o nie, na razie idę małymi kroczkami, ale w końcu idę tak, jak JA tego chcę, a RĘCE NIE WYPRZEDZAJĄ moich myśli. Chociaż na razie mogę powiedzieć, że tylko CHWILAMI wydobywam taki dźwięk, jakiego oczekuję, to jednak to CHWILAMI istnieje, a skoro w końcu się pojawiło i w końcu je zrozumiałam, to chyba dalej będzie się rozwijało, prawda? :)"

 

- Sorry! ZACZYTAŁEM SIĘ – jak kiedyś w Old Surehandzie czy w Tajemniczej wyspie...?

 

Ale, może "nie bójmy się słów"? Może to jednak cud, choćby w wymiarze mini (choć – kto wie?) się Tobie wydarzył? A wiesz, kiedyś – kiedy czytałem pisma Św. Jana od Krzyża, to specjalnie ciekawe było dla mnie w Jego postawie to, że chciał by to, co niektórzy chcieliby postrzegać jako bardzo niezwykłe – stało się dla Nich bardzo zwyczajne, natomiast – by prawdziwe cuda Oni zechcieli dostrzec w rzeczach DLA INNYCH pozornie małych, które jednak są rzeczywistą podstawą rzeczywistej PRZEMIANY.

 

A taka się faktycznie w Tobie dokonała...

 

Jestem bardzo ciekaw, czy TO NADAL w Twoim sposobie pracy nad muzyką przy fortepianie trwa? Dobrze znam te euforie, po których nagle wszystko znów staje się szare i nieznośne...

 

Mam jednak nadzieję, że skoro "wpadłaś na trop" – już nie pozwolisz się swojej własnej czy bliźnich słabości z niego zepchnąć.

 

"Mówiłam, że to będzie dość długi mail. Wybacz, że trzymam Cię przy monitorze tak długo, ale przecież Ty napisałeś to wszystko, czego ja nie potrafiłam ująć, co docierało do mojej podświadomości, ale czego nie rozumiałam. Teraz cały chaos zaczyna się powoli układać..."

 

- No, no; nie przesadzajmy. A, co do pierwszej sprawy, to doprawdy nie masz za co przepraszać. Powiedziałem wszak, że ZACZYTAŁEM SIĘ – jak kiedyś w Old Surehandzie czy w Tajemniczej wyspie...

 

Pójdźmy dalej!

 

"Mam Tobie mnóstwo do powiedzenia i myślę, że na wszystko przyjdzie czas, wszystko – jak to się mówi – "wyjdzie  w praniu", bo nie wyobrażam sobie, że ktokolwiek odpowiedziałby lepiej na moje pytania, aniżeli Ty."

 

- Powoli zaczynam się czuć coraz bardziej skrępowany, choć z biegiem lat przyzwyczaiłem się do stawiania czoła sytuacji, w której czuję, że OBECNI oczekują ode mnie (niemal – albo nawet więcej niż...) CUDU...

 

I, wiesz co? ONE (cuda, cudy!!) się niekiedy zdarzają...!

 

I tak TO zdarzyło się Młodemu Człowiekowi, z którym spotkaliśmy się przy fortepianie (przez ok 90 minut wprawdzie), ale tylko RAZ, a który przyjechał na to spotkanie z jednej z najlepszych szkół muzycznych działających w RP: cierpiący i blady, i którego przedtem, w finansowej "opcji zero" (czyli kompletne darmo) jako jednego z doprawdy WIELU przyjął na prywatnej wizycie mój bardzo serdeczny kolega ze Śniadka, a chyba najlepszy w Polsce neurochirug (ponad 10.000 udanych operacji w obszarze od Alaski po Australię) i stwierdził, że neurologicznie patrząc – to NIC TU NIE MA, poza skutkami wynikłymi ze stosowania się do zaleceń znanych POKOLENIOM adeptów pianina uczonych wedle zaleceń iście starej TRADYCJI, która jednak wyrosła, choć chciałoby się powiedzieć, rozpleniła mając za podstawę tak bardzo  do tej funkcji niedojrzałe korzenie...!

 

Oto fragment z maila pewnego Mlodego Czlowieka, który – teraz wiem to jeszcze bardziej wyraźnie niż w chwili spotkania z Nim – nadal jest bardzo UZALEŻNIONY od "wiary w MIĘSIEŃ i PALEC", ale mimo to walczy, WALCZY – i nawet jakby wcale nie chce się dać upupić ostatecznie. Oto cytat z Jego maila:

 

"Przepraszam, że tak długo nie pisałem, ale chciałem odczekać trochę dłużej, żeby mieć dokładniejszy obraz całej sytuacji. Pierwszy tydzień [po naszym spotkaniu w Kielcach; przyp. SK – dla jasności sprawy] było bardzo fajnie, ale potem nie wiedzieć czemu zaczęło się psuć. Najpierw bolało troszkę, potem stopniowo coraz bardziej, a wczoraj po próbie na sali koncertowej to już był taki ból bardzo ostry. Ale zapomniałem jeszcze wtedy Panu [w Kielcach, rzecz jasna; przyp. SK] powiedzieć, że oprócz tego bólu takiego jakby po przećwiczeniu, występował i – występuje jeszcze taki jakby skurcz. To jest taki sam rodzaj bólu, który występuje przy szybkim poruszaniu stopą w górę i w dół.

 

Ale wracając do tych Pana rad, to były bardzo dobre, bo
nic mnie nie bolało..."
 

 

- I jak ja to mogę skomentować? Ano, bardzo prosto, nawet ZAWSTYDZAJĄCO PROSTO: nic Go w przeciągu tych 90 minut nie bolało i gatunek dźwięku, jaki uzyskiwał z tamtego hiperwielkiego i ciężkiego jak niewiemco PETROFA, był zupełnie w porządku, bo wszystko co robiliśmy, było skierowane na WYDOBYWANIE dźwięku z fortepianu, a nie WBIJANIE paluchów w klawiaturę, które jest czynnością tak fizycznie, jak artystycznie i duchowo obrzydliwą.

 

 

    

 

Takie hasło rzuca się w oczy zwiedzjących lesniczówkę Pranie...

 

    

 

Egon Petri, o którym niedawno pisałem, wyraźnie mówił, by grać "w górę" i to nie tylko w przenośnym, wirtualnym, duchowym, ale i czysto fizycznym sensie słowa. I w tym właśnie celu jest nam bardzo potrzebna CAŁA RĘKA, która musi się stać wielkim quasi-smyczkiem, w którego końcowej części, bezpośrednio aktywnej w środowisku klawiatury, mamy mieć bardzo SYMPATYCZNIE aktywne palce.

 

Celowo używam dość niekonwencjonalnych określeń, raczej niespotykanych w mechanistycznie zorientowanej literaturze dotyczącej pedagogiki fortepianowej. Chcę bowiem i w ten sposób podkreślić fakt bycia po "drugiej stronie barykady", po tej, po której można się doprawdy bezpiecznie poruszać śladami Liszta i Chopina, Petriego i Neuhausa. Wszystkie teksty Chopina są świadectwem jego głęboko ludzkiej wrażliwości, subtelnego poczucia humoru, talentu obserwacji i wielkiego  talentu językowego; jego Korespondencję czyta się jak świetną prozę artystyczną; także jego metoda pracy, jak dowiadujemy się przecież nie tylko z okruchów tekstu Szkiców do niej – daleka była od jakiegokolwiek formalizmu. "Proza Neuhausa", jeśli wolno tak się wyrazić, też jest prezentacją poglądów niezwykle głębokiego myśliciela, artysty o gorącym temperamencie i wielkiej żwawości intelektualnej.

 

To ręka "ciągnie" cały system w lewo czy w prawo – i do GÓRY, do góry, do góry! Palce z radościa idą za nią – ona je prowadzi, a one "po drodze" KREUJĄ DŹWIĘK – czasem z czułością, a czasem z brawurą wyobrażany przez ANTYCYPUJĄCĄ każde brzmienie fantazję muzyczną (słuch wewnętrzny) i z lubością, doprawdy z wielką – także fizyczną satysfakcją – wydobywany przez palce. 

 

Tak więc – nie "odcinajmy sobie" sobie rąk, zwłaszcza CAŁYCH o nie oskarżajmy ich o jakąś dywersję. Natomiast nauczmy się z nich – jako w pełni zintegrowanych całości – w całej pełni korzystać...

 

"Ale teraz wrócę może do tego, co się działo przez te dwa miesiące i dlaczego stało się lepiej. Nie wiem, czy potrafię to do końca wyjaśnić, chyba sama wszystkiego nie rozumiem. Przede wszystkim zaczęłam poznawać swoje dłonie – może zabrzmieć śmiesznie, ale po prostu podnosiłam je, kładłam na klawiaturze, dotykałam różnych klawiszy, nie wydobywając przy tym ani jednego dźwięku. Równocześnie zaczęłam grać pojedyńczo każdym palcem, starając się jakby "zawiesić go", umieścić dokładnie w tym punkcie, na którym zależało mojejmu słuchowi. To BYŁO MOZOLNE, bardzo mozolne i wcale nie byłam pewna tego, co robię, ale robiłam to chyba intuicyjnie. Spotkałeś się pewnie niejednokrotnie z pianistami, którym podkurczał się piąty palec? albo mieli wyprostowany kciuk i wciskali palce w klawisze? ja miałam problem tego małego, podkurczonego palca, właściwie jeszcze troche do teraz mam, ale zauważyłam, jak myśli wpływają na to, co robi ręka. Przez pierwszych parę tygodni musiałam intensywnie myśleć nad tym, żeby nie spinać ręki, ale z biegiem czasu to się staje automatyczne, tak jakby "wchodzi w krew". Mi jeszcze niestety nie weszło, ale z każdym dniem coś się zmienia i wiesz co? Zmienia się na LEPSZE :)"

 

Fantastycznie! Świetnie i doskonale! Tylko ten znajduje – kto naprawdę szuka! Jak się nie szuka, to się przechodzi obok SZCZĘŚCIA i nawet się nie wie, że było tak blisko!

 

Bardzo ładnie i bardzo konkretnie opisujesz prowadzone przez Ciebie poszukiwania. Proust napisał kiedyś w swej słynnej powieści: "Gdyż do nas należy tylko to, co pochodzi z ciemności będącej w nas, a której nie znają inni" – tylko drogą osobistego nieugiętego wysiłku zdobyte "przyczółki" będą nam wierne do ostatka; wiedza nabyta z zewnątrz, jakkolwiek cenna, ma zupełnie inną wartość... 

 

"Wiele rzeczy robię intuicyjnie – nie sprawia mi przyjemności "latanie" gamami po klawiaturze w poszukiwaniu... nie wiem czego, więc gram je na różne sposoby, ciekawie, tak, żeby męczyć przede wszystkim mózg ;) wymyślam sobie melodyjki, które gram np. tylko 4 i 5 palcem, potem oktawami, potem tercjami, za każdym razem dodając jakieś nowe elementy i za każdym razem staram się zmienić barwę, dynamikę, tryb i tonację też. Zaczęłam czuć, nie wiem do końca, jak to nazwać, ale to chyba pewna AUTONOMIA palców. Czasami piąty nie wie, co robi czwarty, a czasami musi o tym wiedzieć, bo gra zaraz po nim. Nie wiem, czy do końca pojmujesz mój chaos. Chodzi mi o to, że bardzo często, a przynajmniej, grając 1, 2, 3 palcami aktywizuję przy tym, zupełnie chyba niepotrzebnie, palce 4 i 5, które nie grają, a tylko się męczą i wyginają samoczynnie."

 

Prawdopodobnie jednak GNIECIESZ... Sorry – wiem, że to poważne oskarżenie, jednak opisywane objawy głoszą rzeczy bardzo memu sercu niemiłe!

 

Przejdź kilka zdań wyżej i spróbuj przeanalizować TO jeszcze raz:

 

Egon Petri, o którym niedawno pisałem, wyraźnie mówił, by grać "w górę" i to nie tylko w przenośnym, wirtualnym, duchowym, ale i czysto fizycznym sensie słowa. I w tym właśnie celu jest nam bardzo potrzebna CAŁA RĘKA, która musi się stać wielkim quasi-smyczkiem, w którego końcowej części, bezpośrednio aktywnej w środowisku klawiatury, mamy mieć bardzo SYMPATYCZNIE aktywne palce.

 

To ręka "ciągnie" cały system w lewo czy w prawo – i do GÓRY, do góry, do góry! Palce z radościa idą za nią – ona je prowadzi, a one "po drodze" KREUJĄ DŹWIĘK – czasem z czułością, a czasem z brawurą wyobrażany przez ANTYCYPUJĄCĄ każde brzmienie fantazję muzyczną (słuch wewnętrzny) i z lubością, doprawdy z wielką – także fizyczną satysfakcją – wydobywany przez palce. 

 

Tak więc – nie "odcinajmy sobie" sobie rąk, zwłaszcza CAŁYCH oraz nie oskarżajmy ich o jakąś dywersję. Natomiast nauczmy się z nich, jako w pełni zintegrowanych całości, w całej pełni korzystać...

 

Autonomia palców (zazwyczaj nazywana jako ich NIEZALEŻNOŚĆ) musi zniknąć z Twego słownika, a zwłaszcza – jako temat – z Twojej myśli. Zastąp to pojęciem bardziej praktycznym: integracja i SŁUŻENIE JEDNEMU CELOWI. Ręka musi działać jak oddział Kmicica vel Babinicza: jedna komenda, jeden cel, jeden duch. Ćwiczenie "autonomii palców" to walka z wiatrakami, które się do tego przedtem jeszcze samemu najzupełniej bez potrzeby jeszcze buduje. To, że ktoś potrafi pokazać fenomenalnie samodzielnie działające palce – wcale nie oznacza, że umie on grać na fortepianie. Choć nie przeczę, że może się zdarzyć, iż jakiemuś doskonałemu pianiście TAK właśnie przez przypadek palce będą działały. 

 

Przeczytałem przed chwilą jeszcze raz poprzedni fragment Twego tekstu i ponownie muszę stwierdzić: nieładnie TO wygląda...

 

Zawróć jeszcze raz i jeszcze raz przeczytaj opis mojej wizji CAŁEJ RĘKI; obejrzyj też i wysłuchaj teraz – specjalnie – ten (inny) klip video z Mitsuko Uchida. 

 

"Staram się to wszystko łączyć z owym wyrazem, choć czasami muszę pomyśleć nad jakimś fragmentem raczej "technicznie", tylko po to, by później ręka sama wiedziała, co ma robić i jak się ustawić – już automatycznie, w czasie, kiedy mój mózg zajmie się dźwiękiem. Myślisz, że to może być dobre? Ja bardzo często słucham tego, co mi mówi intuicja. Mam nadzieję, że mnie nie zawodzi i że kiedyś będę umiała zagrać to, co od dawna słyszę w mojej głowie.

 

Bardzo dziękuję za maila i do miłego!!!

 

- Sonia

 

PS Właśnie czytam Neuhausa po rosyjsku. Jestem pewna, że to będzie kolejny próg."

 

Wyraz MUSI być celem nadrzędnym – po to w ogóle siadamy do instrumentu, żeby COŚ za jego pośrednictwem WYRAZIĆ. Obraz, jaki kreuje (ma wykreować) nasza wyobraźnia musi być na tyle atrakcyjny, żeby człowiek chciał się na tyle mocno wewnętrznie SPIĄĆ, że i jego ręce i palce i wszystko CZYM JEST, chciało to śpiewające nam w duszy brzmienie JAKOŚ w końcu WYDOSTAĆ z instrumentu...!!!

 

Przeczytaj to kilka razy, a jak nie zadziała – to jeszcze kilka razy. "Klapka" musi się w końcu otworzyć i musisz się na własnej skórze przekonać, jak dotyk klawiatury, jej odczucie, SZANSA kontaktu z instrumentem w ogóle – jak to wszystko razem doprawdy jest fantastycznie radosne i przyjemne!

 

Tego Ci z całego serca życzę! Pracuj mocno i daj za kilka dni znać – jak Ci to wszystko idzie.

 

Najserdeczniej pozdrawiam - S

 

PS Neuhaus, to lektura obowiązkowa dla pianistów i nie tylko. A im bardziej w oryginale – tym lepiej...

 

 

 

...odpowiedź na to, co wyżej, przyszła błyskawicznie.

(zaś moje komentarze będą teraz na odmianę w kolorze brązowym, który też bardzo lubię).

Witaj!

 

Na początek: "Dobrze znam te euforie, po których nagle wszystko znów staje się szare i nieznośne...". Też je chyba znam, tak myślę, i wydaje mi się, że już z nich wyrosłam, a przynajmniej uważam, by się o nie nie potykać, bo POTRAFIĄ wpędzić w depresję. To, co opisuję, to raczej nie euforia... to radość DOCHODZENIA...

 

"Prawdopodobnie jednak GNIECIESZ... Sorry – wiem, że to poważne oskarżenie, jednak opisywane objawy głoszą rzeczy bardzo memu sercu niemiłe!"

 

A jednak chyba nie do końca... Owszem, kiedyś próbowałam gnieść, ale nie wychodziło mi.

 

Ten fragment domaga się maleńkiego komentarza; otóż chodzi o to – CO ostatecznie mamy rozumieć przez "gniecenie klawiatury". Nie chodzi przecież o to, by ją "głaskać" czy dotykać tak, jakby się z niej "ścierało delikatnie kurz", zwłaszcza w sytuacji, w której musimy się postarać o bogate w brzmieniu forte. Chopin nie na darmo w Finale Sonaty h moll postawił ffff – cztery FORTE i z pewnością tak własnie grał, choć z równie wielką pewnością możemy przyjąć, że ani się nie "tłukł", ani tym bardziej nie "gniótł" klawiatury mimo, że spod jego palców w górę, w górę, W GÓRĘ ulatywały iście spiżowe dźwięki.

 

E. Gaillard pisze: "Uderzać nie znaczy grać [...] Chopin nie druzgotał swego fortepianu, a jednak pod jego palcami wszyhstko zaznaczalo się wspaniale." (Eigeldinger, Chopin w oczach swoich uczniów, Kraków 2000, s. 335)

 

G. Matthias: "Jego gra była jak jego muzyka; i co za wirtuozeria! I co za potęga! Tak, co za potęga!" (Eigeldinger, op.cit., s. 336)

 

Chopin, wspominając o "tępym gnieceniu klawiatury", miał zapewne na myśli takiego typu artykulację, w której POZA zawsze koniecznym, mniej czy bardziej mocnym NACISKIEM palca na klawisz [inaczej przecież dźwięku nie da się z tego instrumentu wydobyć], w sferze – mówiąc najogólniej i zarazem najbardziej precyzyjnie – ducha, w mind & body pianisty nie istnieje i nie funkcjonuje NIC artystycznie wartościowego, żadna ciekawa ani piękna myśl oraz żadne uczucie.

 

Ach, i jeszcze jedno:

 

"To ręka "ciągnie" cały system w lewo czy w prawo – i To ręka "ciągnie" cały system w lewo czy w prawo – i do GÓRY, do góry, do góry! Palce z radościa idą za nią – ona je prowadzi, a one "po drodze" KREUJĄ DŹWIĘK; czasem z czułością, a czasem z brawurą !

 

Opisywany tu (patrz: wyżej) przeze mnie sposób, który umownie okreslam jako stosowanie "wirtualnego smyczka", w całej swej i fizycznej i duchowej istocie jak najbardziej ma przypominać prowadzenie, najlepiej chyba – wiolonczelowego smyczka, z całą temu "przedsięwzięciu", gdy trzeba, właściwą pasją i energią...

 

Tego typu akcja diametralnie odmienia podejście do klawiatury i w ogóle całego procesu formowania dźwięku, "tępe gniecenie" staje się niewykonalne choćby z czysto fizycznych powodów, a pianistka/pianista wreszcie może się poczuć jak Du Pré czy Rostropowicz...

 

 

 

 

Smyczek trzeba umieć PROWADZIĆ – czasem bardzo energicznie...! I choć palce niewątpliwie aktywizują rękę, to jednak ruch ręki – jako całości jest tu najważniejszy, a zaczyna się w okolicy kręgosłupa, jeszcze za łopatką, czyli – u samego POCZĄTKU...

 

 

 

Mówiąc o autonomii palców nie miałam na myśli zawieszania ich na klawiszach, jak palta na haczyku, tylko UCZUCIE, że one SĄ, że MAM palce, każdy z osobna –po to, żeby mogły stanowić całość.

 

"Palto na haczyku"? Swietne porównanie! A dlaczego by nie – jak czasem by pasowało?

 

Widzisz, ja nie jestem talentem, nie wystarczy mi, że pomyślę, jak ma coś brzmieć i od razu to zagram. Najpierw każdy mój palec ma wiedzieć, co zagrać, żeby później mogły SIĘ ZGRAĆ, stworzyć "cały system". Kiedy przecież gram Etiudę dis moll Skriabina, czy c moll Chopina, nie myślę nad każdym palcem i nie WCISKAM klawisza jak jakiegoś guziczka, tylko wyznaczam sobie ogólne PUNKTY, tak, żeby mózg był zawsze przed ręką (podejrzewam, że nawet Horowitz nie byłby w stanie myśleć nad każdym swoim palcem osobno – do tego ta jego oszczędnośc ruchów). Ale zanim to nastąpi – muszę pokazać moim palcom, co mają grać! Te ćwiczenia, które opisuję, bardzo mi w tym pomagają i nie siedzę nad nimi po kilka godzin dziennie!!! Chyba bym zwariowała!!! Nie jestem zwolenniczką "poddawania się jakiejś interesującej lekturze" w czasie, gdy palce grają coś, sama nie wiem, co...

 

Wydaje mi się, że "łapię" sens tego "do GÓRY, do góry, do góry!" – przynajmniej od czasu do czasu. Zresztą, "od czasu do czasu" słyszę to na moich lekcjach i "od czasu do czasu" też słyszę "o właśnie! o TO chodzi!", mam nadzieję, że będę to słyszeć częściej...

 

A zerknij no, Droga Soniu, Droga Inna Czytelniczko, Drogi Czytelniku, na fotki Wielkich – Jacqueline i Mścisława. Zwłaszcza u NIEGO widać jak prawa ręka ze smyczkiem wprost pnie się pod niebiosa – lepiej tego nikt nie pokaże... I tak, jak w sporcie znany jest "gest Kozakiewicza", my pianiści zachwyćmy się "gestem Rostropowicza" – gorąco zachęcam do wypróbowania! To działa!

 

Poza tym, dość długo grałam "po powierzchni klawiatury", w zasadzie bez opacia (stąd bierze się prawdopodobnie 90% tremy, kolejne 10% to po prostu niedopracowany repertuar i mamy gotowego pianistę [czyt. Sonia], który zawala koncert; myślę, że później, kiedy odnalazłam kontakt z klawiaturą popadłam (ZNOWU!) w skrajność – czyli w tali typ KOONTAAAKTU w stylu "o jak wygodnie! o jakie legato! o – to ja nie puszczę klawiszy!" I zaprawdę, zaprawdę... było to złe.

 

Jak widzisz - przechodzę od skrajności do skrajności i szukam tego środka, i chcę, żeby on był ZŁOTY, i ciągle osiągam jakiś etap, i ciągle wydaje mi się, że kiedy osiągnę kolejny, to będzie tak, jak chcę, żeby było, że będzie idealnie, a tu nagle okazuje się, że coś nowego się otwiera, że mam już TO COŚ, ale dopada mnie chęć zrobienia WIĘCEJ, taka jestem zachłanna...

 

 

"Gdyż do nas należy tylko to, co pochodzi z ciemności będącej w nas, a której nie znają inni" i coś małego ode mnie (to znaczy, nie moje osobiście, ale ładne). "Niech nie wydaje Ci się nieosiągalne to, co jest jedynie odległe"...!

 

Dziękuję najpiękniej - Sonia

 

PS Obiecuję uroczyście, że zwrócę uwagę na moje paluszki i nie będę ich topić; w klawiaturze, rzecz jasna...

 

No, mam nadzieję! Pamiętaj, wypróbuj "gest Rostropowicza" – ale śmiało! "Do dzieła!" – jak mawiała kiedyś nasza Pani Od Matematyki w Liceum.

 

AKtualizacja: 2007-02-13