Kilka słów o filozofii praktycznego uczenia muzyki: granie, studiowanie, uczenie się i uczenie innych...

 

                                                

 

                            To, co wydaje się nam prawdą, jest tylko wiarą w siebie i własne środki poznania.

          Jerzy Kuncewicz (1893-1984)

Od kilku miesięcy na tych stronach nie pojawił się żaden nowy tekst-odpowiedź  na korespondencję z kraju i ze świata. Ale oto wreszcie mam na ekranie coś intrygującego i nawet do tego stopnia, że niemal rzucam się do pisania na zadany mi temat jak wygłodnialy pies na kość...!

Kilka dni temu przyszedł pierwszy list od Magdy. Potem szybko wymieniliśmy parę maili. Nie kopiuję tu ich w całości, bo w trosce o czytelność narracji wybieram problemy przedstawione w tej korespondencji  wedle hierarchii ich dla mnie - powiedzmy - literackiej wartości, ale za to z pominięciem chronologii ich pojawiania się na ekranie komputera. Tradycyjnym obyczajem zmieniam pewne szczegóły na tyle, by ukryć samą Postać, ale za to podkreślić wyrażane przez Nią poglądy.

Co napisała Magda? Po pierwsze, formalnie najważniejsze:   

Nie mam nic przeciwko publikacji mojego listu i bardzo chętnie przeczytam Pańską publicznie wyrażoną opinię na temat jego treści w internecie.

Obok tego i dalej, potem:

Czytając swoją wiadomość mam momentami wrażenie, że być może za bardzo się nad sobą użalam, powtarzając "nikt mi nie powiedział", "nikt nie zwrócił mi uwagi". Ale od tego chyba jest szkoła, od przekazywania wiedzy i uczenia praktycznych umiejętności, a dziecko nie musi i nie jest w stanie odkrywać wszystkiego samodzielnie...

Jedyne, co chciałabym dodać, to że oczywiście z moimi nauczycielami instrumentu podczas lekcji zajmowałam się frazowaniem, interpretacją, pracowaliśmy wspólnie nad utworami, próbowali oni także pomóc mi w moich problemach technicznych i wierzę, że uczyli mnie najlepiej jak mogli, ale jeśli miałabym wymyślić jakąś metaforę dla tej pracy, to było to gonienie królika, który ciągle gdzieś umyka i zupełnie nie wiadomo, gdzie go szukać.

Kiedy zaczęłam czuć, że go łapię, kiedy coś zaczęło się wyłaniać, kiedy z braku czasu na ćwiczenie siedziałam nad nutami bez instrumentu, na przykład w pociągu (co było znakomitym ćwiczeniem wyobraźni), byłam już zdecydowana na inne studia i zakończenie edukacji muzycznej. Ale być może,  paradoksalnie, właśnie dlatego, że miałam możliwość wyboru innego zawodu - odpuściłam i przestałam się spinać, a zaczęłam myśleć. Być może ten paradoks trwa do dziś i dzięki temu, że nie muszę niczego udowadniać, mogę muzykować.

Pewnie wiele osób ma podobne do moich doświadczenia, więc uważam, że publikacja naszej korespondencji na ten temat może być przydatna. Wśród muzyków temat edukacji muzycznej i niewłaściwych metod nauczania jest często poruszany (chociaż bardzo rzadko publicznie) i przypadki takie jak mój, rezygnacji z zawodowego grania również w moim najbliższym otoczeniu są liczne. Jeden z moich znajomych, świetny trębacz, który już podczas studiów grał w Narodowej, rzucił akademię na czwartym roku z powodu paraliżującego go podczas występów strachu i dezorientacji, do której doprowadziło wyprowadzanie go przez nowego nauczyciela z wieloletnich, szkodliwych nawyków.

No właśnie, "temat szeroki jak Amazonka w czasie powodzi", bo nagłe zmiany aparatu i myślenia o graniu też mogą spowodować kryzys, a nawet załamanie psychiczne...

Poza tym:

Muszę się pochwalić, że utwór [...] [tu będzie doprawdy rewelacyjna wiadomość, ale będziemy ją mogli opublikować dopiero w czerwcu]. I jeszcze jedno, na do widzenia: przydałaby się książka Pana autorstwa; na pewno pomogłaby wielu uczniom i studentom.

Ale najpierw przyszedł ten pierwszy list:

Z dużym zainteresowaniem czytam opublikowana przez Pana teksty i listy od czytelników zamieszczone w internecie.

Nie jestem pianistką, ukończyłam Liceum Muzyczne w W. w klasie wiolonczeli. Ukończyłam z oceną  celującą z instrumentu, grając na zakończenie koncert z towarzyszeniem orkiestry. Grono pedagogiczne, dyrekcja i znajomi ubolewali nad tym, że nie zdawałam na akademię, do tej pory, a minęło prawie 15 lat słyszę uwagi na ten temat. Odpowiadam za każdym razem tak samo: że występy były dla mnie za dużym stresem, a w grze nie osiągałam takiego poziomu zadowolenia i radości, jaki moim zdaniem jest potrzebny muzykowi.

Miałam wielu nauczycieli, z niektórymi utrzymuję kontakt, a nawet jestem w przyjaźni do dzisiaj, profesor z liceum przekazał mi sporo mądrości życiowej, dzięki której lepiej radzę sobie z ewentualnymi życiowymi niepowodzeniami. Jednak przez DWANAŚCIE lat edukacji żaden z tych nauczycieli nie zwrócił mi uwagi na tak zasadnicze zagadnienia mające wpływ na technikę jak: SŁUCHANIE I WYOBRAŻANIE SOBIE BRZMIENIA INSTRUMENTU oraz wyobrażanie sobie większych muzycznych całości w celu ich "ogarnięcia" i późniejszego wykreowania podczas występu. Jak pewnie wszyscy świadomi muzycy wiedzą, brzmienie instrumentu jest dla stworzenia odpowiedniej dla siebie techniki kluczowe. Nikt mi tego nigdy nie powiedział, kiedy byłam dzieckiem, potem nastolatką, doszłam do tego wniosku sama, po latach, kiedy byłam już dorosła, ucząc się... ŚPIEWU. Pomogła mi znakomita śpiewaczka Olga Szwajgier, z którą miałam okazję spotkać się i pracować nad niwelacją napięć, "uwolnieniem" aparatu głosowego i, co najważniejsze, nad brzmieniem głosu podczas warsztatów wokalnych.

Śpiewem i nagrywaniem muzyki zajmuję się obecnie w czasie wolnym, z zawodu jestem [...]. Muzyka jest dla mnie bardzo ważna i wiele czasu poświęcam śpiewaniu, słuchaniu, czytaniu o muzyce i próbom kompozytorskim. Zresztą strony z Pana tekstami odnalazłam szukając nut Wariacji na temat Haendla   op. 24 J. Brahmsa oraz tekstów na temat tego utworu.

Tymczasem zamiast o Brahmsie zaczęłam czytać o omawianej przez Pana metodzie...

Jak już pisałam, moje doświadczenia związane z edukacją muzyczną są dość nieprzyjemne. Dominował w nich brak integracji pracy intelektualnej, emocji, wyobraźni oraz ruchu. Na wiolonczeli gram obecnie rzadko, ale z zupełnie inną świadomością i podejściem niż przez 12 lat edukacji. Używam instrumentu po to, żeby stworzyć dźwięk, który jest w mojej głowie, zamiast jak dawniej tylko słuchać dźwięków które wydobywają się z instrumentu. Z przerażeniem stwierdzam, że przez te wszystkie lata szkoły niewiele więcej poza intonacją i biegłością interesowało mnie, kiedy ćwiczyłam po kilka godzin dziennie. Te dziesiątki, setki godzin straconego czasu... Szkoda. Nie dlatego straconego, że poświęconego na ćwiczenie, ale dlatego, że poświęconego na ćwiczenie rąk, podczas gdy wyobraźnia często spała. Dzięki muzykalności i względnemu osłuchaniu moje granie nie było katastrofą, ale jestem przekonana, że gdybym więcej uwagi poświęcała brzmieniu, muzykowaniu, efekty byłyby zupełnie inne i nie cierpiałabym z powodu psychicznych tortur, które towarzyszyły prawie każdemu występowi. Skupić się na "kreowaniu" podczas koncertu mogłam dopiero w ostatnim semestrze szkoły muzycznej. To było dla mnie za późno żeby przekonać się do wykonywania zawodu muzyka i zmienić wizję kolejnych lat męczarni (tym mi się wydawała edukacja muzyczna) na akademii w marzenie życia.

Ktoś mógłby pomyśleć, że po prostu nie lubię grać. Jest wręcz przeciwnie, od dziecka śpiewałam, chciałam grać, słuchałam muzyki i wymyślałam sobie melodie. Z czasem, w trakcie edukacji kreatywność, przyjemność i miłość do muzyki ustąpiły wszechogarniającemu lękowi, "że mi nie wyjdzie". Ten lęk przed kompromitacją i złe metody nauczania miały ogromny wpływ na moje życie. Z zazdrością i podziwem słucham mojego partnera, który gra jazz na saksofonie z taką swobodą, jakby to była dla niego czynność codzienna - chodzenie, jedzenie, oddychanie. I tak powinno być. Niestety wielu muzyków rezygnuje z zawodu, bo w trakcie edukacji zapominają, czym jest muzyka i po co się ją wykonuje. Po co obcuje się z dziełami, po co pokonuje się fizyczne (często urojone) bariery swojego ciała. Tą barierą jest tylko i wyłącznie własne napięcie i strach przed pomyłką, których pokonywania też nikt nie uczył mnie przez, że jeszcze raz to powtórzę, 12 lat szkoły muzycznej. Pani Olga Szwajgier była pierwszą osobą, która pomogła mi w podejściu do muzyki w inny, bardziej satysfakcjonujący sposób. Niestety stare nawyki (stres, myślenie o ruchach zamiast o muzyce) czasami wracają i taką pamiątkę edukacji muzycznej będę mieć pewnie do końca życia. Trudno. Były też i zalety edukacji: mam wiedzę, znam nuty, formy, zasady, rozumiem i czuję muzykę. Szkoda, że wad i pomyłek było tak wiele.

Swojej koleżance, która uczy się grać na instrumencie powtarzam: "Pamiętaj, TY TO robisz, ty to kreujesz w każdym ułamku sekundy. Te dźwięki będą takie, jakie chcesz usłyszeć, ale powinnaś rzeczywiście chcieć usłyszeć i wyobrazić sobie brzmiące w określony sposób dźwięki, dźwięki posiadające określony kształt a nie tylko dźwięki o pewnej wysokości i długości trwania. Na tym polega muzyka, a ręce podążą za twoją wyobraźnią."

W tej chwili zarówno w swojej pracy zarobkowej - projektowaniu [...], jak i w działalności muzycznej korzystam ze swojej wyobraźni oraz wzbogacam ją o nowe formy i środki wyrazu. W mej pracy często korzystam z wiedzy o formach muzycznych, w muzyce projektuję i konstruuję. Cieszę się, że mogę robić to, co robię i najlepiej wykorzystywać to, co mam. Jeśli chodzi o edukację muzyczną nie mam personalnie żalu do nikogo, szkoda tylko, że system jest jaki jest. Sporo ludzi cierpi z tego powodu. Słabym, ale może pocieszeniem jest to, że wśród kilkunastu osób prowadzących przedmioty projektowe na Politechnice w W. udało mi się trafić na bodaj trzech dobrych nauczycieli projektowania. Reszta raczej przeszkadzała. Ale to już przeszłość.

Życzę Panu i wszystkim muzykom wiele radości z grania, odkrywania siebie i muzycznego świata codziennie na nowo dzięki dźwiękom, które poruszają naszą wyobraźnię i dzięki wyobraźni, która tworzy muzykę. Bardzo dziękuję za pracę, którą wykonuje Pan na stronach internetowych. Stanowi ona inspirację i oparcie dla wielu osób.

- Magda

 

               

 

Nie będzie łatwo...! Nie tylko dlatego, że bardzo nie chciałbym zawieść zaufania, jakim mnie obdarzono, ale i dlatego, że sam problem wydaje mi się bardzo ważny, na tyle ogólny i na tyle mądrze, ciekawie i ładnie przedstawiony, że "dostylizowanie" odpowiedzi aż do podobnego poziomu z pewnością będzie wymagało nie lada wysiłku. Cóż, jak mawiała moja sprzed lat nauczycielka matematyki w II LO im. Jana Śniadeckiego w Kielcach, Wielce Świętej Pamięci Prof. Maria Gawdzikowa: "do dzieła! do dzieła...!" Zaczynamy.

Zastanówmy się najpierw przez chwilę, czym jest list Magdy, jakie jest jego przesłanie i czego Autorka ewentualnie chciałaby się od "doświadczonego specjalisty" dowiedzieć?

Niewątpliwie, fakt porzucenia muzyki - nawet częściowo, ale jednak - w jakimś stopniu Magdę "jakby" uwiera. Nawet w sytuacji, w której wrodzona kreatywność Magdy znajduje ujście w artystycznie formowanej artykulacji tego, co Jej w duszy gra, Ona czuje, że mogłaby więcej. A przecież twórczość jest to w aktualnym życiu Magdy uprawiana bynajmniej nie "od święta", a zupełnie "na codzień". Hmmm...?!

Czy Magda szuka winnych artystycznej - moim zdaniem - RZEKOMEJ niepełności swego dzisiejszego życia? Ależ, nie! Ona wprawdzie powiada, że "od tego chyba jest szkoła, od przekazywania wiedzy i uczenia praktycznych umiejętności" i wprawdzie wie, że ta szkoła nie tylko wobec Niej nie jest całkiem w porządku - ale to raczej stwierdzenie faktu i wyrażenie pobożnego życzenia, że "dobrze by bylo, gdyby było lepiej", niż jakieś wyraźne oskarżenie. Gdyby Magda nawet oskarżała, to wcale nie byłbym chętny "szkoły" zanadto bronić, bo sam kiedyś byłem uczniem i studentem i wiem, jak się sprawy mogą miewać oraz znam - bez przesady - setki uczniów i studentów na całym Bożym Świecie, a wśród nich wielu takich, których losy są daleko mniej ciekawe i szczęśliwe od losu Magdy.

Cieszy mnie szczególnie głęboko, że Magda – generalnie – nie narzeka na polski system edukacji muzycznej! Magda jest człowiekiem wykształconym i wie, że szkolnictwo artystyczne to bardzo specyficzna domena, w której wszelkie rozwiązania organizacyjne, najlepsze "siatki godzin", najcudowniejsze warunki materialne i najznakomitsze instrumenty znaczą conajwyżej dość wiele, ale daleko-daleko nie wszystko i nie są to sprawy, które w znaczącym stopniu decydowałyby o finalnym sukcesie tego czy innego adepta. Zresztą w ogóle - w sztuce, którą jest wychowanie i nauczanie, zdecydowanie więcej zależy od czynników wyłącznie ludzkich i choć nie lekceważymy nawet kwestii jakości ołówków i gumek, czystości korytarzy i toalet oraz jakości wszelkiego sprzętu wraz z logiką i racjonalnością organizowanych przez system  procesów i procedur - to dobrze wiemy, jak bardzo drugoplanowe znaczenie mają wszystkie te czynniki i elementy razem wzięte w zestawieniu z kwestią osobistych uzdolnień i moralno-etycznych kwalifikacji zarówno uczących, jak i uczących się.

Przykładów jest całe mnóstwo: żadne wysokozorganizowane szkolnictwo muzyczne dotąd jeszcze nie wychowało ani Bacha, ani Mozarta ani Chopina. Także bieda z nędzą ani wojna wraz z utrwalaniem "zdobyczy rewolucyjnych" nie przeszkodziły Ojstrachowi ani Richterowi, brak profesjonalnej opieki pedagogicznej nie zaszkodził Godowskiemu, a i zbyt późne rozpoczęcie nauki nie zahamowało Pavarottiego, Ochmana i wielu innych w drodze na światowe estrady; bardzo, bardzo różne są drogi talentów do królestwa muzycznego. Ostatecznie, tylko przypadek sprawił, że Toscanini zamiast klepać biedę jako wiolonczelista w operze objazdowej stał się światowej klasy dyrygentem;  mówiąc przypadek  - mam też na myśli jego wrodzone predyspozycje, które dzięki buntowi orkiestry w Rio de Janeiro (1886) nagle i niespodziewanie otrzymały szansę by się ujawnić, a potem się tak świetnie rozwinęły.

Tę listę by można jeszcze długo uzupełniać; a wnioski jakie? Ano - takie, że dla wielkich talentów przeszkody - jakby - się nie liczą, a ich rozwój wydaje się zależeć tylko w niewielkim stopniu od okoliczności zewnętrznych; jakieś niewidzialne ręce zdają się otwierać przed nimi wszelkie drzwi i sezamy: na przekór wszelkim niesprzyjającym okolicznościom wielkie talenty jednak zdobywają - albo raczej - budują sobie Świat. Niestety, nikt takich badań nigdy nie prowadził i dlatego nie wiemy, jaki procent tzw. wielkich talentów jednak po drodze schodzi na manowce, wykoleja się i ostatecznie gubi. Z pewnością wielki to procent - może i zdecydowana większość? Gdy grządki nie uprawiać - szybko zostaną na niej  same chwasty...

Dlatego fakt, że niektórzy z najbardziej uzdolnionych jednak "wychodzą na swoje" musi dla nas mieć dwojakie znaczenie:  młodym - dawać nadzieję, że zwycięstwo jest możliwe nawet wbrew okolicznościom, a starych - dopingować do tworzenia sytuacji, w której wszyscy uzdolnieni będą mieli szansę pewnego i bezpiecznego rozwoju.  Jak można rozumieć to ostatnie? Jaka to - moim zdaniem - sytuacja, w której uzdolniony muzycznie młody człowiek ma szansę pewnego i bezpiecznego rozwoju?

 

 

Tak. Wiem, że zawsze, od lat, niezmiennie piszę jedno i to samo wypracowanie na każdy zadany mi temat - w zasadzie - bez względu na to o co, kto i w jakiej sytuacji pyta; nie umiem inaczej. Powiem więcej, jestem pewny, że każdy bodaj trochę "dotknięty" Bożą Ręką postępuje w podobny, jeśli nie identyczny sposób; wiem i to, że w tym momencie bardzo sobie pochlebiam...

 

Ostateczne konkluzje dotyczące problemów poruszonych przez Magdę - miło mi powiedzieć, że od kilku  dni jesteśmy "po imieniu" - zostaną wyciągnięte z mego cylindra na sam koniec niniejszej wypowiedzi. Teraz mamy czas na "danie główne", które zostanie podane w ściśle określonym celu: nie możemy dziwić się temu, że 15 czy więcej lat temu nikt nam nie mówił o słuchaniu, słyszeniu i wyobraźni, która może formować  prawidłowe - czyli skuteczne i nie tylko bezbolesne, ale wręcz fascynująco przyjemne nawyki motoryczne w grze (na dowolnym instrumencie) oraz o wielu tym podobnych i z tego samego myślowego fundamentu wywodzących się mądrych i dobrych rzeczach, bo to są nie tylko w polskiej literaturze przedmiotu -  metodyce nauczania muzycznych specjalności wykonawczych - rzeczy nadal na tyle nowe i mało popularne, że doprawdy nie można mieć do nikogo żadnych pretensji z tytułu ewentualnego braku wiedzy na ich temat. Powiem tak: gdy piszę o tych problemach, wydaje mi się niemal, że "wyważam drzwi otwarte" - kiedy natomiast spotykam się z nauczycielami oraz uczniami i studentami na moich kursach i w Polsce i za granicą, niekiedy wręcz ręce mi opadają gdy po raz enty  dowiaduję się, że gdy tylko TECHNIKA będzie "gotowa", to OD RAZU trzeba "zabierać się za muzykę"...  W dodatku, tak często prześladuje nas owo błędne w tej sytuacji "za". Dlaczego?   

Powróćmy jednak do głównego nurtu tej wypowiedzi! Każdy, kto kiedykolwiek miał kontakt z tak zwanym - nawet nie "wielkim", ale - TALENTEM, wie, że rozwój Takiego Zjawiska, nawet gdy hamuje go biurokratyzm, duchowa suchość lub dowolna inna mentalna czy (lub - i) emocjonalna ułomność, a w tym "instrumentalna niekompetencja" osoby z nim współpracującej (nawiasem mówiąc, instrumentalna niekompetencja zawsze ma przyczynę w jakiejś ułomności muzyczno-artystycznej), a więc - powtórzmy - rozwój TALENTU jest na ogół nieprzewidywalny, posiada jedynie sobie właściwą dynamikę i realizuje jedynie swoje własne, dla innych zawsze tajemne twórcze cele.

Chopin - uczeń Elsnera? A może nawet - Żywnego? Liszt - uczeń Czernego? Czerny - uczeń Beethovena? Ci ludzie, owszem, się kiedyś ze sobą spotykali i - co bezdyskusyjne - starszy i bardziej doświadczony przekazywał mniej doświadczonemu i młodszemu to i owo z tzw. "ogólnej tradycji", z którą był zaznajomiony w sobie właściwy sposób oraz w sobie właściwym stopniu, ale ten drugi - często, choć nie zawsze potem mistrza przerastający - tak tę "tradycję" po swojemu twórczo po latach rozwijał, że po "oryginale" zostały tylko mizerne, w sumie - prawie nic nie znaczące ślady. Schodząc piętro lub pewnie nawet kilka pięter niżej, mamy następne ciekawe przykłady:  pozytywne zetknięcie Richter - Neuhaus i zetknięcie dość nieciekawie iskrzące: Gilels - Neuhaus. Richter w znanym i znakomitym dokumencie zrealizowanym przez Bruno Monsaingeon, zapytany o sposób, w jaki Neuhaus z nim pracował, mówi i bardzo ogólnie i bardzo krótko, że była to praca "nad dźwiękiem", żeby był pełny i śpiewny. Mając niejakie wyobrażenie o stylu pracy Neuhausa z bezpośredniej obserwacji sposobu pracy jego najznakomitszego pedagogicznie kontynuatora i wieloletniego asystenta wiem, że z pewnością bez dwóch zdań, w pierwszej kolejności bardzo pracowano nad tym - CZYM ten richterowy dźwięk miał być wypełniany i o CZYM powinien śpiewać...

Neuhaus, jak się zdaje, był daleko bardziej zafascynowany geniuszem swego ucznia niż ten ostatni talentami swego nauczyciela. Choć... - kto wie, jakie byłyby losy Richtera bez  Neuhausa w tle...? Neuhausa zdecydowanie natomiast nie fascynował podobno aż nazbyt czuły na uroki (także polityczne...) tego świata Gilels, choć z drugiej strony aż trudno uwierzyć, że w chwili nagrywania tego utworu  myśl tego wówczas dopiero nastolatka nie ulatała w stronę siódmego, a może i ósmego niebiańskiego kręgu...? Tak niezwykła jest siła twórczej wizji wielkiego talentu...! I wielka szkoda, że Neuhausowi nie starczyło inwencji pedagogicznej, a może i serca dla zupełniejszego zajęcia się swym młodym aspirantem - był przecież tego wart bez dwóch zdań.

Warto jeszcze wspomnieć o wyjątkowo harmonijnej i bogatej w wielkie artystyczne rezultaty relacji pedagogicznie doskonałej, w której genialny nauczyciel spotyka genialnego ucznia, a ten do końca życia pozostaje mu serdecznie wdzięczny i wspomina go jak kochającego ojca: to przykład wielkiego Antona Rubinsteina i jego wielkiego wychowanka - Józefa Hofmanna. Także układ między Paderewskim i Leszetyckim  można uznać za wzorcowy; wielka i bezinteresowna pomoc, jakiej stary Mistrz udzielał młodemu  Polakowi była zjawiskiem zupełnie wyjątkowym; znaczyło to pewnie nawet więcej i chyba dłużej trwało niż pomoc, jaką Chopin ofiarowywał genialnemu "małemu"  Filtschowi.             

 

Po latach Hofmann napisał, że kontakt z Rubinsteinem był najważniejszym wydarzeniem jego życia...

 

 

Paderewski wiele zawdzięczał Leszetyckiemu, który "otwarł przed nim zupełnie nowe muzyczne światy".

 

 

Stosunkowo wiele wiemy o tym, jak najwięksi pracowali z najbardziej utalentowanymi... Stosunkowo mało zaś jesteśmy zorientowani w kwestii możności korzystania z tych informacji, które dotyczą - powiedzmy szczerze - wyjątkowo specjalnego pola działania, w naszych kontaktach z młodzieżą zdecydowanie mniej utalentowaną, czasem wręcz kompletnie niezdolną?

Problem polega głównie na tym, że - jak przed laty słusznie powiedziano - STYL, TO CZŁOWIEK... i dlatego nawet będąc doskonale poinformowanym o tym, jak uczył Mistrz, tzw. szeregowy zjadacz w muzycznym nauczycielstwie zapracowanego codziennego chleba nie potrafi z tej wiedzy zrobić poważniejszego użytku właśnie dlatego, że wie o uczeniu Mistrza tylko to, co mogły mu na ten temat powiedzieć jakieś, niechby i najlepsze i najbardziej naukowo mądre źródła, a to doprawdy tylko trochę, a raczej - bardzo niewiele. Wspomniany przed chwilą autentyczny gigant pedagogiki fortepianowej, Leszetycki, wręcz zaprzeczał istnieniu jakiejkolwiek "metody Leszetyckiego" posiadającej jakieś określone podstawy, procedury i cele - poza tym, by studenta nauczyć, jak ma grać na fortepianie w sposób, który pozwoliłby mu z tego grania nieźle wyżyć. To oczywiście lekki skrót myślowy, ale Mistrz Teodor był pedagogiem konkretu i choć od Paderewskiego nigdy nie wziął ani centa, inni musieli mu słono płacić za naukę, zresztą - doskonale na tym wychodząc, bo lepszego pod Słońcem pedagoga nad Leszetyckiego w owym czasie nie było. Jak każdy - nie tylko Mistrz - jak Chopin, Liszt oraz wszyscy Wielcy i Mali w naszej dziedzinie - Leszetycki uczył "całym sobą": swoją inteligencją i erudycją, które pozwalały mu tak formować świat myśli jego uczniów, by ich wyobraźnia kreowała artystycznie wartościowe obrazy-drogowskazy w poszukiwaniu odpowiednich wzorców do interpretacji studiowanych utworów; swoją sztuką gry, którą niewątpliwie inspirował uczniów do poszukiwań artystycznie wartościowych, pełnych koloru brzmień instrumentu; swoją emocjonalnością i duchową, także intelektualną siłą, dzięki której uczniowie czuli, że potęga Mistrza jest dla nich zarówno tarczą,  jak paliwem dla motorów ich instrumentalnego, artystycznego i ludzkiego rozwoju. Nauczyciel nie posiadający takich przymiotów, nawet posiadając wielką wiedzę teoretyczną i historyczną, ale pozbawiony talentu muzycznego, sprawności instrumentalnej, poczucia formy, mający bodaj trochę mniej interesującą i mniej twórczą wyobraźnię, jakieś braki choćby tylko w inteligencji emocjonalnej - z natury rzeczy będzie szedł swoją własną, sobie tylko właściwą drogą. Czy to źle? Ależ skąd! Tylko co? Tylko to, że to będzie droga sukcesu - również - jedynie na jego własną miarę, mimo całej jego "wiedzy" o tym, jak uczyli faktyczni Mistrzowie...

 

 

Leszetycki dzisiaj, to niestety tylko legenda, wobec której opisane przez wierną asystentkę Mistrza, Malwinę Brée w książce The Leschetizky method: a guide to fine and correct piano playing  -  zasady jego "metody" wydają się być niczym więcej ponad tylko jakim/takim, w sumie bardzo mizernym opisem rzeczywistości, która w swoim czasie była dla sztuki pianistycznej czymś porównywalnym z chyba tylko "z najwyższej półki" warsztatem wielkiego renesansowego mistrza. Cały świat zna książkę Malwiny  Brée i cały świat zna książkę Neuhausa - i co z tego? Owszem: z tego bierze się pewna ogólna orientacja i jaka taka czysto teoretyczna wiedza, że np na taki-to-a-taki temat ten mówił - to, a tamten - tamto; i nic więcej. Zupełnie, jak z wiedzą o DNA i innych równie podstawowych elementach, które - niby - dość dobrze umiemy zanalizować, ale do umiejętności ich faktycznej syntezy jeszcze bardzo daleko. Zaprawdę, zaprawdę - nie w wiedzy sztuka!  Leszetycki i Neuhaus są dla nas doskonałymi przykładami Mistrzów, o których sztuce pedagogicznej - teoretycznie - wiemy jakby dużo, ale to zdecydowanie nie wystarcza do powtórzenia ich sukcesu i w sumie nikt, nawet z tych "najbardziej wiedzących" nie jest w stanie "skopiować" ich niepowtarzalnego, głęboko indywidualnego stylu uczenia. Przywodzi to na myśl sytuację w studiach biznesowych - teoretyzujący, uogólniający zjawiska i problemy specjaliści od wiedzy o biznesie, w sumie nie mają pojęcia, jak faktycznie robi się "wielkie pieniądze". Nie wiemy, kto i co doradzał twórcom wielkich fortun finansowych ani przemysłowych - Fordom, Rockefellerom, Sorosom  i innym im podobnym geniuszom określonego powodzenia. Podobne lub lepsze od tych panów wykształcenie ekonomiczne mają setki i tysiące, dziesiątki tysięcy innych pań i panów próbujących szczęścia w biznesie - jednak z daleko mniej spektakularnymi skutkami. Wielu wręcz przepada bez wieści, zostają bankrutami lub nawet trafiają do kryminału albo giną w tajemniczych okolicznościach. Wypływają nieliczni ci, których wszystkie inteligencje bezbłędnie przeprowadziły przez na ogół bardzo licho oświetlone labirynty życia.

Magda opisuje przypadek swego kolegi-trębacza, który już w czasie studiów grał w Filharmonii Narodowej, a potem tak nagle zakończył muzyczną karierę. Moim zdaniem, to wcale nie jego pedagog był winien tej bądź-co bądź porażki, bo i skąd ten pedagog mógł wiedzieć, że jego student ma aż tak słabe nerwy? Te "słabe nerwy" - szkoda, że tak późno, ale taki był naturalny obrót sytuacji - ujawniły się w sytuacji zwiększonego stresu i wtedy wyszło na jaw, że siła ducha, jaka wystarczała Koledze Magdy do akurat tego momentu, do którego wystarczała - nagle przestała wystarczać i tyle. Życie bywa nie tylko twardym, ale często i bardzo bolesnym doświadczeniem synów Ewy i Adama, Jana i Cecylii oraz wszystkich Barbar i Zofii, Natalii i Karolin, Jerzych i Janów, Grzegorzów, etc., etc.

Przypomina mi się w tym miejscu jedna z książek W. Suworowa, w której opisuje on trening przyszłych czy nawet już aktualnych żolnierzy specnazu: w pełnym bojowym oprzyrządowaniu, czyli z plecakiem, bronią, łopatką i wszystkim innym sprzętem przy boku taki kandydat do szpiegowskiej elity zostaje na ćwiczeniach np wrzucony do rzeki. Wypływa - kto wypływa. Kto nie - zostaje sklasyfikowany jako nienadający się do służby w tych oddziałach; zgłaszasz się na własne ryzyko, на свой ​​счет и риск... Czy to okrutne? Chyba tak, ale za to piekielnie skuteczne. Trochę mniejsze ryzyko jest zawsze wpisane w perspektywę każdego wyboru kierunku studiów: są ludzie, dla których prosektorium i sekcja zwłok są progiem nie do przebycia. Ci, z lękiem wysokości nie pownni starać się o pracę na dźwigu ani myśleć o karierze skoczka narciarskiego; wykonawstwo muzyczne - i to całkiem często -  oferuje tym, którzy je wybrali jako zawód, przeżycia zgoła ekstremalne.

 

Taki widok ma przed sobą skoczek narciarski: to dopiero jest strefa "tylko dla orłów"...! Ale tu też...! O - i tu...!Takich "skoczni" jest w pianistycznym świecie doprawdy bardzo dużo...

 

 

Aktualnie nadal jeszcze pracuję w Finlandii (w momencie pisania tego tekstu tak jeszcze było; dziś natomiast, 15.1.2013 już tak nie jest, od ponad roku pracuję napowrót w Polsce, w moich rodzinnych Kielcach), w której nie tylko system kształcenia muzycznego od A do Z, ale cała w ogóle edukacja i wychowanie - nadal nie wiem, dobre to, czy złe - wszystko wraz z propagandą, podejrzewam, że całkiem mocnymi rękami nadal mądrze sterowaną przez Państwo, nastawione jest na swoistą duchową cieplarnianość: w zasadzie nigdy i nikomu nie mówi się, że "było źle" - bo to byłby nie tylko błąd w sztuce, ale - co gorsza - NIETAKT...! Nauczyciel krytycznie zwracający uwagę uczniowi na cokolwiek może bardzo szybko pozbyć się nie tylko większości, ale wręcz dosłownie wszystkich uczniów. I co wtedy? I wtedy otwiera się przed nim cała gama nowych możliwości: zdobywa prawo zajmowania się dowolnym innym zawodem, w którym i jemu będzie miło i wszyscy wokół niego też będą zadowoleni z kontaktu z człowiekiem szczęśliwym, bo po wystarczająco przykrych doświadczeniach z poprzednim fachem, o ile nie jest wyjątkowo durny, taki były pedagog teraz już z pewnością cudownie i z radością będzie się w tym nowym fachu zawodowo spełniać...

Przed kilku dniami (każda data tu pasuje... - ten czar z pewnością będzie trwał jeszcze długo)  akompaniowałem na wielkim przeglądzie młodych skrzypków organizowanym przez pewne znane regionalne konserwatorium. Dostojne dwuosobowe (2 osoby, tak) Jury nagrodziło płytami i nutami 3 osoby z ponad 60 uczestników. Omówiono też wszystkie przesłuchania, ale zawsze w składzie: jeden z jurorów oraz uczeń i jego pedagog. Moi Czytelnicy chyba się domyślają: każdy grający i każdy pedagog usłyszał same pochwały oraz słowa gorącej przyjacielskiej zachęty do dalszych wysiłków. Dla nas, wychowanych w silnie samokrytycznym, ale i w niesamowicie krytycznym wobec wszystkich i wszystkiego polskim środowisku, wydaje się to pewnie "obłędem", ale proszę mi wierzyć - w praktyce taki model działania sprawdza się doskonale: talenty i tak się rozwijają, bo nie rozwijać się nie potrafią, przeciętniacy stoją wygodnie w miejscu, a i zupełnie małozdolni są zupełnie szczęśliwi, bo nikt ich się nie czepia; w sumie nikt nie jest specjalnie zestresowany, za to zdecydowana większość obywateli jest przekonana, że tu, w Kraju 180 tysięcy jezior, w którym woda zajmuje 10% terytorium wiekszego od Polski o 25 739 km˛, jest najlepiej na świecie i wszyscy powinni z tego wzorca brać przykład.

To samousypianie jednak, jak się zdaje, nienajlepiej owocuje na dłuższą metę: ... , ... , ... , ... , ale za to zadłużenie - ...

Na szczęście, chóry trzymają się nadal dobrze - taka Philomela... - wow! I w ogóle muzyka; nikt z polskich artystów jeszcze nie znalazł się na liście Muzyków Roku, wyróżnienia przyznawanego przez MusicalAmerica, na której już dwukrotnie laureatami byli muzycy z Finlandii: Esa-Pekka Salonen i Karita Mattila. Nowy, wielki i wspaniały Dom Muzyki rozpoczyna społeczną służbę w Helsinkach. Więc co, jaki model lepszy? Może jakiś pośredni: krytyka i samokrytyka - tak, ale bez przesady. Nie wolno przecież zapomnieć tego, co nie tak dawno powiedział nasz Wielki Rodak: "Wymagajcie od siebie! Wymagajcie od siebie nawet wówczas, gdy od was nikt nie wymaga...!"           

 

 

Z zupełnie innej beczki (tylko na chwilę)...

Szczerze mówiąc, ogarnia mnie zarówno pusty śmiech, jak zgroza i przerażenie kiedy się dowiaduję, że jakaś "zupełnie codzienna Osoba" (nawet obdarzona państwowej kategorii tytułami) głosi, że "wie, jakie były artystyczne intencje"  tego lub innego genialnego kompozytora, bo oglądała manuskrypty i zna literaturę przedmiotu od podszewki. Wystarczą te dwa nagrania, by stwierdzić, że to - jak grają pewne swoje dzieła pewni dwaj wybitni kompozytorzy i zarazem doskonali instrumentaliści,  w bardzo małym stopniu zawarte jest w zapisie nutowym utworów,  jakie skomponowali i teraz prezentują, a z pewnością w jeszcze mniejszym - w "literaturze przedmiotu". Szczególnie dotyczy to kwestii  rytmu, ale wcale nie tylko.

 - Oto Rachmaninow  gra swoje Preludium g moll op. 23 nr 5 (RCA Victor Gramophone Recording)

 - I oto  Debussy  gra swój własny utwór "Golliwog's Cakewalk" z Kącika dziecięcego (Welte-Mignon Piano Roll #2733).

Uwzględniając wszelkie dodatkowe okoliczności wynikające z niedoskonałości sprzętu, możemy chyba  powiedzieć, że gdyby takie wykonania pojawiły się w dzisiejszej dobie na dowolnym konkursie wykonawczym, to podkreślając ich niewątpliwe walory w sensie żywości gry, kolorytu i emocjonalnego nasycenia, komisje rzeczoznawców odesłałyby panów Rachmaninowa i Debussy'ego, a z pewnościa także i Chopina wraz z Lisztem, napowrót tam, skąd przyszli - by swoją artystyczną nachalnością nie wypaczali obrazu im tylko (znaczy - Gremiom) znanych PRAWDZIWYCH INTENCJI KOMPOZYTORÓW zarówno w Preludium g moll, jak i Cake-walku.  Znaczy, że nauka pobierana u prawdziwych Mistrzów z Epok Minionych - bez dwóch zdań nie byłaby dla dzisiejszej młodzieży muzycznej "bezpieczna". Czy jest więc możliwe pogodzenie żywości gry, kolorytu i emocjonalnego jej nasycenia  z wymogami naszego czasu, w którym przede wszystkim nacisk kładziony jest na logikę, czystość i precyzję?

Jestem pewien, że JEST! Idźmy jednak dalej, przy okazji zapewniając Drogie Czytelniczki i Szanownych Czytelników, że bynajmniej nie uważamy wszelkich mądrych i cennych lektur, a w tym czytania bajek, wierszy, powieści i literatury fachowej dotyczącej wszystkiego co istniało i istnieje oraz tzw. science fiction, której prapoczątki mamy już podobno w eposie o  Gilgameszu - za bezcelowe.

 

 

To wszystko są rzeczy absolutnie niezbędne dla pedagoga, jako człowieka cywilizowanego, który wszakże - wiedząc wiele - nie powinien z tej wiedzy korzystać głównie przy rozwiązywaniu krzyżówek, ale także wzbogacać nią duchowy pejzaż lekcji, że się tak poetycko wyrażę. I tak się zresztą na ogół dzieje. Bieda tylko w tym - i wypada na to zwrócić po raz kolejny uwagę, że nawet ogromna, przeogromna masa informacji nigdy "sama z siebie" nie jest w stanie spowodować żadnej erupcji talentu, zresztą w dowolnej, także naukowej dziedzinie: twórczość bowiem, a przecież i wykonawstwo muzyczne - o ile nie jest twórcze, jest nijakie - nie polega na kolekcjonowaniu, czy nawet przekazywaniu dalej bitów informacji, ale na tworzeniu pełnych myśli i emocji obrazów, dzięki którym odbiorca tej sztuki bodaj na chwilę zapomina o swoim losie i pełen najlepszych nadziei podąża w stronę barw i klimatów, w którą kreatorowi wartości nowych i nie znanych innym podoba się go prowadzić.

 

          Kipu - jeden z najstarszych nośników informacji...

 

Obraz, dzieło sztuki...

 

 

Z cytowanego na wstępie listu Magdy przebija jakby lekki żal do "systemu" szkolnictwa muzycznego, od którego - ponieważ państwowy, a więc jakby WAŻNY i przynajmniej w domyśle, KOMPETENTNY (bo wystarczająco silnie zbiurokratyzowany...) - wszyscy zainteresowani, a przede wszystkim Rodzice i Rodzice Rodziców poddawanej muzycznemu edukowaniu Młodzieży oczekują, aby był doskonały i możliwie małopłatny. Przykładów udowadniających, że nawet nasz polski system nie jest ani w pełni kompetentny, ani w pełni doskonały, ani nawet wystarczająco zbiurokratyzowany - bo przecież działa i to wcale nie najgorzej, a wręcz przeciwnie - można znaleźć na pęczki. Lata 1945-1989 i nawet te, co przyszły jeszcze trochę potem, wbiły w naszą podświadomość przekonanie o ogromnym znaczeniu państwowego zorganizowania dowolnej edukacji i jego odpowiedzialności za artystyczne rezultaty uzyskiwane przez wtłaczaną w tryby tego mechanizmu młodzież. Gdyby nie było oczekiwań związanych z pełnym wiary, ale i wymagań podejściem do "systemu" - nie było by poczucia żalu z powodu nie spełnienia nadziei w nim pokładanych.

Jednak "system" o tyle jest w porządku, że nikomu niczego nigdy nie obiecywał: zgłoszono dziecko do egzaminów wstępnych, przyjęto, wpisano na listę uczniów i zaczęto uczyć. Choć w polskim szkolnictwie muzycznym w czasie, kiedy z jego usług korzystała mała, a potem ciut starsza Magda, nie było jeszcze takich, jak są dzisiaj, przemyślanych mechanizmów oceny pracy nauczyciela oraz sposobów wynagradzania go z tytułu uzyskiwanych osiągnięć pedagogicznych - i tak przecież to nie czyjaś zła wola spowodowała, że zamiast być aktualnie dręczonym przez uczniów lub/i administrację szkolną pedagogiem albo licho opłacanym muzykiem orkiestrowym, Magda może z satysfakcją być muzycznie twórcza i zarabiać na chleb powszedni w niekoniecznie mniej ciekawy sposób - tak się po prostu ułożyło Magdy życie. Ryzyko jest zawsze obustronne: w szkolnictwie dowolnego typu i rodzaju uczeń ryzykuje, że trafi na nauczyciela, który nie potrafi go rozwinąć, a nauczyciel - że trafi na ucznia, który nie sprosta jego wyobrażeniom o idealnym adepcie tej czy innej sztuki. Wypada zauważyć, że ta ostatnia opcja posiada również pewne inne dno: musimy tu brać pod uwagę, że znaczenie pojęcia "idealny" - podobnie, jak każdego innego - jest, a w każdym razie bywa u innych Ludzi zupełnie odmienne od naszego (też ułomnego, ale inaczej) i może się zdarzyć, że - mówiąc bardzo delikatnie i niezwykle ogólnie - uczeń nie potrafi albo nie zechce wleźć w np. szarosiny garnitur ideałów, w którym rękawy marynarki będą mu sięgały do łokci, a poły pałętały się koło kostek. Wariantów sytuacji może być mnóstwo, a i rozkłady akcentów mogą być definitywnie rozmaite. Jednak istota sprawy: osobiste ryzyko istnieje zawsze - tak w Nowym Jorku i Lucernie, jak w Zabrzu i Zamościu. Świat jest bowiem w swej rozmaitości stale jeden i jednaki pod względem wyboru nauczyciela, spowiednika, lekarza, krawca, fryzjera, mechanika samochodowego, a nawet...  współmałżonka.

Zdarzają się też i przypadki samobójcze z powodu życiowych zapaści, np. w karierze, ale byłbym jak najdalej od przypisywania komukolwiek winy za taki właśnie, tragiczny, a nie inny rozwój sytuacji - nie  mamy prawa dokonywania takich ocen! Zresztą, nawet, gdyby ktoś świadomie bliźniemu szkodził - i tak winę główną ponosi rozkład wektorów sił w układzie, którego taki szkodzący bliźniemu człowiek ani sam nie wykreował, ani którego nie ma szans zmienić nawet na jotę choćby dlatego, że jego wiedza o sprężynach faktycznie w nim działających jest faktycznie znikoma. 

 

Wszyscy "gonimy zajączka", a niektórym wybranym udaje się nawet niekiedy coś złapać, ale wcale niekoniecznie jest to akurat "zajączek" w sam raz dla niej, dla mnie czy dla niego...

 

Nie tylko u pianistów problem najczęściej "siedzi" dość wysoko między klawiaturą i fotelem...

 

 

Czas na podsumowanie! Zepnijmy ten tekst klamrą kolejnej myśli Jerzego Kuncewicza, z którego poglądami daleko nie zawsze się zgadzam, ale ponieważ ostatnio odkryłem i - powiem szczerze - polubiłem tę filozofię, z satysfakcją przytaczam również i to zdanie: "Nauka szuka w badaniach, a wielkie odkrycia zawdzięcza objawieniom różnie nazywanym, a pochodzącym z tajemniczych źródeł dla nas nie do odcyfrowania" [Wieczna przemienność, Wyd. Lubelskie, Lublin 1990, s. 162]. Czuje się tu wyraźne duchowe pokrewieństwo Autora z Proustem, ale nie o to przecież teraz chodzi: chodzi o uogólnienie tego wszystkiego, co tu do tej pory staraliśmy się powiedzieć!

Dla mnie wniosek jest taki: czas zwrócić wiekszą uwagę na sprawczą rolę edukującego się Podmiotu, od którego talentu i postawy zależy o niebo więcej niż od woli nawet najlepszego czy najsłabszego pedagoga; ci najlepsi nauczyciele mają po prostu o wiele więcej radości od tych mniej świetnych. Oczywiście, najlepiej by było, gdybyśmy wszyscy mieli zakodowane w naszych genach dążenie do absolutnej doskonałości oraz stosowne kwantum talentu, by tę doskonałość uzyskać. Ale tylko pomyślmy: Świat wypełniony samymi doskonałościami - zupełny Raj...? A cóż za nuda...!

Powinniśmy, to jasne, korzystać ze wszystkich coraz bardziej masowo pojawiających się możliwości doskonalenia przez samokształcenie się; internet daje mnóstwo okazji do poznawania  także ciekawych ludzi i ich niejednokrotnie bardzo wartościowych, inspirujących myśli. Gdyby nie Magda - pewnie nigdy by mi TAK WYRAŹNIE nie przyszło do głowy coś tak niezwykle oczywistego, jak to, że własną aktywność Ucznia/Studenta można i trzeba nieustannie "podkręcać", wzmacniać jego potrzebę samodzielności, promować pomysłowość w znajdowaniu niestereotypowych rozwiązań - także w interpretowaniu muzyki. Jakże to inny plan od przepisywania recept na "trzymanie łokci" i pokazywania stu zdjęć ręki Mistrza jako wzorca do  naśladowania, żeby kciuk ZAWSZE mieć niżej albo wyżej, a "kostki" na tym samym poziomie co przegub - na przykład. Oczywiście, TO TEŻ niekiedy bywa pożyteczne, ale obok TEGO, za, a szczególnie PRZED TYM idą zupełnie inne zagadnienia i problemy, o których także w aktualnie kończonym tekście staraliśmy się to i owo powiedzieć. Gorąco zachęcam do dalszej lektury i jak najdalej idących przemyśleń osobistych. Dzięki wielkie za spotkanie! 

No (mało która fińska wypowiedź nie zaczyna się od "no"...), Magda odpisała, niezwykle ciekawie komentując moją wypowiedź. Jeśli tylko się zgodzi, a bardzo na to liczę, będziemy ten dialog kontynuować. Magdy myślenie i styl pisania mi - raz - imponują, a dwa - inspirują mnie niesamowicie... Także więc, jak się uda, to Do Rychłego Zobaczenia!

 

                  Z  najserdeczniejszymi pozdrowieniami - Stefan

 

PS Za fotkę do backgroundu gorąco dziękuję naszemu Jankowi...!

 

 

 ergonomia.html | technika.html | humanizm.html | play.html

 

 

 

Aktualizacja: 2013-01-15