
|
Jaka naprawdę jest Metoda
Changa...? Ponieważ od kilku już lat co jakiś czas dostaję od moich
Drogich Czytelniczek i Czytelników pytania dotyczące wartości tekstów Dr
Chuana C. Changa, wychowanego w Japonii chińsko-amerykańskiego fizyka
urodzonego na Taiwanie w 1938, amatora-pianisty, który zainteresował się
praktyką i teorią pedagogiki fortepianowej obserwując lekcje fortepianu
udzielane jego córkom przez Panią Yvonne Combe (wedle słów Dr Changa,
absolwentki Konserwatorium Paryskiego, u Marguerity Long),
postanowiłem wreszcie zająć się omówieniem jego Metody i opublikować
dotyczący jej tekst w Internecie. Oczywiste, że w każdej chwili jestem gotów
Każdej i Każdemu z osobna odpowiadać na rozmaite pytania szczegółowe...
Westchnienie retoryczne Czy nawet najlepszy szewc może prawidłowo skroić i uszyć
garnitur, a doskonały stomatolog przeprowadzić operację okulistyczną bez
szkody dla pacjenta? - Wątpię. Czy posiadanie doktoratu w dowolnej dziedzinie, nawet poparte
wieloletnim doświadczeniem i habilitacją, wystarczy by uważać się za
wybitnego fachowca w innej specjalności? - Wątpię i w to również. Czy po wysłuchaniu nawet wielu lekcji przeprowadzonych nawet
przez bardzo dobrego nauczyciela fortepianu, osoba "spoza branży" może być w stanie napisać
podręcznik metodyczny dla pianistów? - Warto się chyba nad tym zastanowić...
Oto moja ocena przydatności wyników przemyśleń Dr Changa: Dr Chang jest naukowcem (doktorat z fizyki uzyskał w Cornell University w 1967 roku) i to naukowcem, który do 1998 roku pracował w Bell Labs, a tam raczej nie zatrudnia się przeciętniaków. Jestem
przekonany, że w pisaniu swej Metody chciał wykorzystać cały zasób wiedzy
zdobytej w trakcie pracy zawodowej i podczas studiów. Dostrzegam tu jednak
przynajmniej dwa drobne problemy: Dr Chang jest fizykiem i zrozumiałe, że
jego myślenie, przywykłe do "torów ścisłych",
nie ma ochoty nagiąć się do sytuacji, w której tego typu . Wręcz przeciwnie:
przesadnie drobiazgowe wnikanie w szczegóły, z którymi intuicja zdolnego
muzycznie człowieka radzi sobie w mgnieniu oka, zwłaszcza dla mniej zdolnych
może okazać się jeszcze jednym więcej hamulcem w ich artystycznym rozwoju.
Jak na naukowca też, w mojej amatorsko- naukowej opinii, Dr Chang posuwa się
przynajmniej troszeczkę za daleko w próbach uczynienia z proponowanych przez
siebie rozwiązań czegoś w rodzaju pedagogiczno-pianistycznej Alfy i zarazem Omegi. W dodatku na nieszczęcie dla dyscypliny, którą się w
omawianej książce zajmuje (wersja polska w tłumaczeniu
Pana Wojciecha Ozimińskiego) Dr Chang nie wykazuje głębszego zainteresowania
tak ważną dla każdej sztuki dziedziną emocji; jest tak dlatego, że Dr Chang
ma doświadczenie i temperament analityka-badacza, a nie twórcy i w związku z
tym sądzi, że do zdobywania techniki instrumentalnej można i należy
podchodzić identycznie jak do zdobywania techniki pracy umysłowej, czyli "dzieląc i porządkując określone czynności i zjawiska",
nie dostrzega wielu istotnych elementów tego procesu, a niektóre inne
traktuje po amatorsku i bardzo pobieżnie – jak choćby problem muzykalności,
wyrazu artystycznego i emocji. Choć... Z drugiej strony pełne zgoła nieprzyzwoitych emocji są niektóre
inne, aż chce się powiedzieć, "reklamowe" wyznania Dr Changa: "Nauczysz
się grać na fortepianie do 1000 razy szybciej [wzór na obliczanie współczynnika
szybkości uczenia znajduje się tutaj; warto spróbować! SK ]. STUDENCI! Jeśli szukacie nauczycieli, to spróbujcie znaleźć
kogoś kto stosuje metodę podobną do opisanej w tej książce; wszyscy skuteczni
nauczyciele stosują jakiś wariant tej metody." O ile mimo wszystko jestem w stanie zrozumieć te "1000 razy szybciej", bo to jakby licentia
poetica, to w żadnym wypadku nie mogę zaakceptować tezy głoszącej,
że "wszyscy skuteczni nauczyciele stosują jakiś wariant TEJ
[czyli: Changa] metody"...? Jest bowiem akurat odwrotnie: to nie
wszyscy skuteczni nauczyciele stosują jakiś wariant Metody Changa, tylko
Chang powybierał z Metod wielu "skutecznych nauczycieli"
to, co uznał za właściwe, wymieszał te elementy jak groch z kapustą,
podoprawiał wedle woli i na koniec podpisał swoim imieniem. Skromnością Dr
Chang na pewno nie grzeszy; nie grzeszy też i innymi przymiotami, które
powinny cechować naukowca, za jakiego także w dziedzinie pedagogiki fortepianowej
Autor tej Metody się uważa. W książce Dr Changa obok wielu
sformułowań, z którymi nawet nie wypada polemizować – jak: "Wyraz i ekspresja muzyczna
nie odgrywają roli podczas powolnej gry...", czy "Wiele kompozycji Beethovena
może spowodować urazy ręki i słuchu, jeżeli nie jest się świadmym tych
zagrożeń i odpowiednio poinstruowanym (wydaje się, że mogły uszkodzić również
słuch samego Beethovena)", czy "Tak więc musisz
świadomie przeznaczyć pewną część czasu pracy na muzykowanie" –
znalazło się jednak kilka myśli, zresztą wcale ani nowych ani specjalnie
odkrywczych, które w pewnym sensie rozgrzeszają tego Autora i nawet pozwalają
czuć do Niego szczerą sympatię. Niepojęte jest tylko czemu, po co i dlaczego
z tak wielką intensywnością podkreślał stale rolę Nauki w Sztuce, tak jakby
intuicja, którą z uporczywością godną lepszej sprawy zajadle zwalczał, nie
stała u kołyski największych odkryć naukowych w całej historii ludzkości?
Weźmy za przykład odkrycie prawa powszechnego ciążenia przez Newtona. A zresztą
każdy wielki naukowiec dobrze wie, że istnieją granice nie do przeskoczenia;
w dodatku wiedzą oni, że intuicji także w badaniach naukowych potrzeba stale.
Wynalazca musi mieć "nosa". Talent – to intuicja,
podobnie jak u Benedetto Croce,
który także był zdania, że Sztuka – to intuicja. Prawdziwa nauka nie tylko
szanuje takie opinie, ona je też kreuje. A Dr Chang? Spójrzmy na kolejną jego obietnicę: "Odkryjesz,
dlaczego i jak każdy może szybko nauczyć się grać na fortepianie."
Ciekawie z tą i szczególnie z wcześniejszą obiecanką-cacanką (uczenie
się 1000 x szybciej niż gdyby stosowało się jakieś inne NIEnaukowe
metody) koresponduje umieszczone na tej stronie
zaskakująco odmienne wyznanie: "Podsumowując, nie istnieje magiczna
procedura, pozwalająca uczyć się szybciej." - Hmmm! Chyba
lepiej bym powstrzymał się od komentowania tego rodzaju logiki. Powiem tylko,
że Dr Chang tu się jakby przejęzyczył, coś mu się "wyrwało"
i przez przypadek – powiedział prawdę. "Magiczne" (w
tym paranaukowe...!!) procedury w nauczaniu nie tyle nie istnieją, co po
prostu nie są skuteczne. Istnieją za to procedury mogące naprawdę poważnie
KORYGOWAĆ funkcjonowanie struktur i mechanizmów decydujących o aktywności i
sprawności wyobraźni, intelektu, słuchu i emocji oraz aparatu gry pianisty.
Kompilacja Dr Changa nie wspomina o nich nawet przelotnie, a ich
profesjonalne zastosowanie doprawdy działa niemal cuda [znaczy: NIEMAL i nic
więcej]. Każdy, kto przeszedł od nauczyciela śpiewu po omacku szukającego
drogi do naturalnego śpiewania, do Mistrza bel canto – doskonale wie,
co mam na myśli. Podobnie jest w innych specjalnościach wykonawczych.
Niestety to, co Dr Chang zachwala jako podobnej jakości towar, w 90% wyszło z
obiegu przed 1810 rokiem. Zaś reszta jest powszechnie znana – tylko, że nazywana w nie aż tak magiczny
sposób, jak: RO, RR, LR, NG, PPI, PR, KN, KP. Gdyby do tego katalogu
jeszcze wpisać IPN, UE, ONZ, SED i BMW mielibyśmy jeszcze więcej zabawy... Wracamy do tekstu Dr Changa: trzeba być doprawdy bardzo naiwnym
by mieć nadzieję, że KAŻDY i w dodatku SZYBKO może nauczyć się grać na
fortepianie...! Uczę tej specjalności od dość dawna i mimo stosowania metod,
które częściowo zgadzają się z niektórymi z propozycji uznanych przez Dr
Changa za właściwe, wiem ponad wszelką wątpliwość, że istnieją osoby, które
po prostu NIE POTRAFIĄ nawet i przez 5 lat nauki zapamiętać, że g w oktawie
razkreślnej ma swoje miejsce na pięciolinii na drugiej linii (od dołu...!) w
kluczu wiolinowym, ani powtórzyć głosem żadnego dźwięku – chyba, że jest to dźwięk AKURAT
przypadkowo odpowiadający częstotliwości ich aktualnego muczenia lub
buczenia. Jest takich osób niemało wśród adeptów każdego instrumentu i to
właśnie one nie są w stanie ani szybko, ani w ogóle nauczyć się nawet jako-tako grać na fortepianie
choćby nawet Dr Chang we własnej Osobie uczył je wedle wszelkich zasad swojej
Metody. Wszelkie przypadki pośrednie, a jest ich też niebywałe mnóstwo,
udowadniają NIEREALNOŚĆ jego obietnic. Po prostu: bardziej zdolni uczą się
szybciej od mniej zdolnych, a prawdziwym wielkim talentom wystarczy posłuchać
nawet kilkuminutowy utwór albo przyjrzeć się nutom, by za chwilę zagrać go w
prawie nieskazitelny sposób. Stwierdzenie, że "właściwe, prawidłowe metody ćwiczeń mogą praktycznie każdego
uczynić utalentowanym muzykiem" dowodzi tak głębokiej nieznajomości tematu, że
doprawdy w tym punkcie możnaby zakończyć tę próbę oceny wartości publikacji
Dr Changa. Idziemy jednak dalej. Dr Chang, będąc amatorem w dziedzinie, w
której świadomie lub nie stawia sobie pomnik Giganta Profesji, ze
zrozumiałych względów [nigdy nie był czynnym nauczycielem] nie nabył
odpowiedniego doświadczenia i w związku z tym (jasno wynika to z treści jego
książki) nie ma nawet zielonego pojęcia o skali muzycznych możliwości wielkiego talentu. Podobnie
nie ma on bladziutkiego wyobrażenia o tym jak bardzo mało zdolni z różnych
względów bywają uczeni gry na fortepianie, a nawet – o Dobry Panie, miej w Opiece ich
Nauczycieli – na SKRZYPCACH...! Wywody Dr Changa dowodzą, że jeśli w ogóle
miał, to tylko luźne kontakty pedagogiczne i to wyłącznie z osobami średnio
uzdolnionymi; na nich oparł swe poglądy i prawdopodobnie tylko z myślą o nich
tworzy swoje teksty. Dr Chang wyraźnie nie wie, a co gorsza – nie jest w
stanie nawet wyobrazić sobie jak szeroki wachlarz różnych indywidualności
może na swej drodze spotkać artysta-pedagog. Jeden z moich Korespondentów napisał, że uważa samochwalstwo
Changa za małoznaczący "ornament", a
obiecywanie gruszek na wierzbie
za sposób zachęty do bardziej intensywnej pracy. W moim odczuciu
kłamanie "dla zachęty" jest tak samo naganne jak
kłamanie w ogóle, zaś przybieranie pozy odkrywcy pianistycznej Ameryki to nie
"ornament" tylko dowód braku rozeznania w tym co w
pedagogice fortepianu możliwe, a co nie. Chang z jednej strony zaznacza, że
ani jedna z idei, o jakich mówi, nie jest jego autorstwa – z drugiej zaś strony określa swoją
książkę jako pierwszą w historii pracę dotyczącą tematu "jak ćwiczyć na fortepianie". Trzeba
doprawdy być bardzo słabo zorientowanym w literaturze przedmiotu, by przyjąć
jego słowa za dobrą monetę. Wartość
tych oraz wielu im podobnych propagandowych
enuncjacji przypomina mi niedawno napotkaną internetową informację o
jednej z uczennic rzeczonej Pani Yvonne Combe, u której nauki pobierały córki
Dr Changa. Cytuję w oryginale za: "Elle was a child prodigy and started composing at the age of 3.
She has perfect pitch and studied with Yvonne Combe – a student of Claude Debussy. Debussy was a student of Liszt,
Liszt was a student of Chopin, Chopin was a student of Czerny, and Czerny was
a student of Beethoven." Tego typu rewelacje są dla
nas tylko świadectwem nieuctwa, niestety. Bo ani Debussy nie był uczniem
Liszta, ani Liszt uczniem Chopina, ani Chopin uczniem Czernego. Kto i w jakim
celu wymyśla takie bzdury i po co je publikuje? Bo swoje teksty Dr Chang
kreuje w poczuciu spełniania wielkiej misji zbawiania pianistycznie
zagubionych rzesz i wskazywania im "jedynie słusznej NAUKOWEJ
drogi", choć faktyczny charakter jego rewelacji stawia je bardzo
blisko jakości przed chwilą cytowanej wypowiedzi. Kolejny
przykład nieporozumienia: "Proste
instrukcje step-by-step
jak samemu nastroić fortepian; strojenie nie wymaga dobrego słuchu ani
sprawności muzycznych." A przecież strojenie fortepianu, podobnie
jak strojenie organów, klawesynu i akordeonu (w odróżnieniu od strojenia
skrzypiec, klarnetu czy waltorni – grających w stroju naturalnym)
to cała SZTUKA, której się trzeba bardzo długo uczyć, i warunkiem której
zdobycia jest właśnie nie co innego jak posiadanie naprawdę dokonałego
słuchu; zaś strojenie Steinway'a
to dopiero wyczyn! Do tego potrzebny jest i świetny słuch, sporo
wiedzy i bardzo dużo umiejętności. Pianiści dobrze wiedzą czym pachnie fortepian nastrojony przez "niedosłyszącego"
lub, co gorsza, używającego elektronicznych gadżetów stroiciela. Brzmienie
fortepianu staje się po kilku dniach jakby zrakowaciałe albo kompletnie
schizofreniczne: instrument CIERPI, a na nas CIERPNIE SKÓRA...! Nawiasem
mówiąc, wartość wywodu Dr Changa w
tym temacie można
lepiej zrozumieć porównując go ze stwierdzeniem, wedle którego daltonista
mógłby świetnie posługiwać kolorami w malarstwie GDYBY tylko zastosował
wystarczająco dobrze udokumentowane naukowe metody, zaś niemy – śpiewać w operze, nawet podwórkowej. Właściwie to
w książce Changa jest bardzo niewiele fragmentów, które nie zawierają bodaj
delikatnych elementów nonsensu. I nie chodzi o to, że "wyrywam coś z kontekstu",
bo kontekst jest cały czas taki sam – hurraoptymizm, wszystko łatwe, a do
tego tekst posiekany na cząsteczki jak Księga
Przysłów ; niestety – daleki od jej mądrości, ale za to cały
czas strojący się w nibynaukowe piórka. Kolejny
przykład; pisze Chang: "Jednym z najczęściej spotykanych przeze mnie nieporozumień jest
pogląd, wedle którego gra na fortepianie jest sztuką i dlatego jakiekolwiek
naukowe podejście nie jest tu możliwe". A czym u licha jest TWORZENIE WARTOŚCI ESTETYCZNYCH,
tworzenie piękna? To sztuka czy nauka? Nauka BADA, także piękno – i dlatego estetyka
czy historia sztuki są dyscyplinami naukowymi. Ale nie samo kreowanie piękna
w dźwiękach, ani uczenie tego w praktyce – to przecież właśnie jest
SZTUKA i to par excellence.
Wiedza na jej temat MOŻE BYĆ nauką, jednak samo zajęcie nie może być tak interpretowane. I
co? I oto kilka zdań wcześniej dowiadujemy się, że "dyscypliną naukową" jest także
rzeźbiarstwo, zresztą podobnie jak golf, stolarka i polityka. Jak mówią moi
Finowie: huu-huh! Brnijmy dalej przez gąszcz
elukubracji Doktora "naukowej pianistyki".
Oto Chang pisze, że opublikował ponad 100 artykułów w prasie naukowej.
Nie chce mi się w to wgłębiać, ale podejrzewam, że i tu chyba "coś
nie gra". Ta naukowa
obsesja musi mieć jakieś głębiej skrywane korzenie podobnie, jak
ma ona też daleko idące konsekwencje. Bo Chang – najwyraźniej nie rozumiejąc, że we wszelkiej sztuce, w
ogóle w TWORZENIU WARTOŚCI musimy dążyć do SYNTEZY – popełnia podstawowego znaczenia
błąd, który prowadzi go w gąszcz drobiazgowych analiz nie dających w efekcie
niczego konkretnego. Ma też manię "nazywania
inaczej" i
demonizowania roli tak elementarnie oczywistych rzeczy jak ćwiczenie każdą
ręką osobno, granie w wolnych tempach czy uczenie się na pamięć, które u
zdolnych jest tak samo naturalne jak rozumienie matematyki przez osoby
matematycznie uzdolnione, a widzenie kolorów przez nie-daltonistów ("Zasadniczo 100% rozwoju technicznego dokonuje się w trakcie gry
rękami osobno (RO)" – zasadniczo jasne jest, że to nieprawda: ćwiczenie osobno
wypracowuje bowiem zupełnie inne nawyki niż te, które warunkują sprawność gry
obydwiema rękami równocześnie. Im zdolniejszy uczeń, tym mniej czasu poświęca
na grę osobno.). Ewidentnie nie zdaje też sobie Dr
Chang sprawy z tego, że "słuchu absolutnego"
NIE DA SIĘ NAUCZYĆ, bo to przyrodzona genetyczna właściwość, taka sama jak
kolor oczu czy skóry. Czy można się "nauczyć" mieć
oczy niebieskie, nawet jeśli zaczęlibyśmy starać się o to w bardzo młodym
wieku? Czy Chińczyk może stać się osobnikiem rasy białej lub czerwonej? Słuch oczywiście można rozwinąć – i to bardzo. Niestety Dr Chang ma w
tym względzie dość mało do powiedzenia. Wystarczającym dowodem "oskarżenia" jest zalecenie, w którym
powiada on: "Zaczynaj wszystkie utwory precyzyjnie licząc taktowanie –
dotyczy to zwłaszcza początkujących i młodych pianistów. Dzieci powinny być
nauczone głośnego liczenia ponieważ jest to jedyny sposób aby się przekonać
jak one liczą." Ta, być może dla niezorientowanych w temacie naukowo
wyglądająca rada, w najlepszym razie odzwierciedla poglądy kapelmistrzów
orkiestr wojskowych (lub strażackich) z czasów Fryderyka (Wielkiego).
Licząc głośno nie da się przecież SŁUCHAĆ tego, co się na instrumencie gra.
Już to jedno zalecenie wystarczyłoby do dyskwalifikacji naukowości metod proponowanych przez Dr Changa, a
przecież podobnych "kwiatków" jest
tam całe mnóstwo. Opowieść o tym jak nauczył się słuchu absolutnego też bynajmniej nie
prowadzi do wniosku, że zna się na rzeczy. Wręcz przeciwnie: on
przecież wcale nie nauczył
się słuchu absolutnego, tylko w pewnym okresie bardzo rozwinął słuch
wysokościowy. To wszystko. Osoby posiadające słuch absolutny,
czyli coś w rodzaju absolutnej pamięci wysokości dźwięków (vide: teorie
słyszenia) stanowią wedle ocen naukowców około 0,01% populacji. Obdarzeni
słuchem absolutnym nie muszą go ćwiczyć ani rozwijać – wystarczy, że znają nazwy nut tak,
jak dziecko normalnie widzące zna nazwy kolorów i potrafi je nazywać. Czy
musimy ćwiczyć sztukę nazywania białego – białym, a zielonego – zielonym? To kolejny przykład albo rozmijania się Dr Changa z
prawdą albo (i to właśnie podejrzewam bardziej) jego głębokiej niekompetencji
w interesującym nas zakresie problemów. Kolejna ciekawostka z tego samego kręgu; Chang pisze: "Wiele szkół pianistycznych z zasady uczy słuchu
absolutnego wszystkich swoich studentów." Niestety nie! Nie znam
ani jednej uczelni na świecie, a znam ich wiele, która podjęłaby się takiego
zadania; podobnie nie ma Akademii Sztuk Pięknych, która podjęłaby się z
daltonisty zrobić osobę normalnie widzącą kolory. Od podobnych absurdów aż roi się na
stronach tej książki. Żeby nie być gołosłownym, oto kolejny rarytas: "Dziedziczne sprawności [przyszłego] doskonałego
pianisty i zwykłego człowieka nie różnią się wiele." Ależ, Panie
Doktorze – różnią się te "dziedziczne sprawności"
i to bardzo! Stopień tak zwanej reaktywności neuromuskularnej, podobnie jak
potencjalne możliwości rozwoju intelektualnego i emocjonalnego oraz wszelkie
inne cechy ciała (szansa zachorowania na określone choroby, przyszły wzrost
itd.) i ducha (mistyk czy
racjonalista) przynosimy ze sobą na świat. Dr Chang zdaje się ufać poglądowi,
zgodnie z którym genotyp każdego rodzącego się dziecka jest mniej-więcej taki
sam, a dopiero potem środowisko i – zwłaszcza – METODY (w tym szczególnie: naukowe...) rozwijają go lub
nie. Doświadczenie dowodzi czegoś innego. Często nawet bliźnięta wychowywane
przez tych samych rodziców rozwijają się w różny sposób – nie są to bowiem klony, tylko
indywidualnie przez naturę wyekwipowane jednostki gatunku homo sapiens. A
rodzeństwa...?! Tu dopiero widać różnice uzdolnień i charakterów. Podobnie:
nawet u najbardziej skutecznych pedagogów jedni studenci są lepsi, a drudzy słabsi, choć w uczeniu "skuteczny" pedagog z pewnością stara się
każdego rozwinąć do maksymalnie DLA NIEGO [studenta] wysokiego poziomu.
Oczywiście, środowisko społeczne i naturalne ma ogromny wpływ na rozwój
dziecka i młodego człowieka oraz w ogóle na sposób życia całej społeczności,
jednak nawet bardziej niż głęboka, post-marksowska wiara we
wszechpotęgę środowiska nie powinna prowadzić do aż tak dziecinnego
hurraoptymizmu, z jakim Dr Chang najwidoczniej usiłuje kaptować sobie
zwolenników. Wmawianie, że wszystko DA SIĘ zrobić, wszystko jest proste,
trzeba tylko chcieć i – oczywiście – stosować naukowe Metody, może bowiem prowadzić do jeszcze
większych załamań niż te, do których NIEKIEDY prowadzą tradycyjne nienaukowe
metody, jakimi zdaniem Changa posługuje się większość pedagogów fortepianu. Instrumentalnie szczytowym
nieporozumieniem jest w książce Changa pomysł stałego przekładania kciuka "nad" innymi palcami w gamach i figuracjach
gamowych (w miejsce naturalnego dla niezorientowanej reszty świata podkładania).
Choć Chang słusznie przypisuje ten patent Lisztowi, ale z jego jednostkowej
propozycji aplikaturowej (pochód gamowy w Rapsodii hiszpańskiej) czyni
regułę, której w dodatku – jego zdaniem – Liszt jakoby zawdzięczał swe pianistyczne mistrzostwo.
Zastanawiam, się czy to tylko niepokojąco głęboki brak PRAWDZIWYCH
informacji, czy może i chęć pokazania się odkrywcą nowego nawet za cenę popularyzacji
absurdu? Heca z "kciukiem nad"
dowodzi, że Autor nie ma pomysłu na wykorzystanie górnych części rąk, które
gdy faktycznie współdziałają z dłonią i palcami, prowadząc je w sposób
analogiczny do prowadzenia smyczka przez rękę wiolonczelisty, to oszczędzają
im wiele trudu, odwodzą nadmiar bezużytecznego ciężaru i niejako automatycznie
naprowadzają pianistę na wygodne palcowanie, zgodne z anatomicznymi
właściwościami ręki oraz fizjologią jej działania jako całości. Przy stałym
używaniu "kciuka nad" musi dochodzić do odginania rąk
"na zewnątrz" (przy graniu w prawo, czyli "do
góry", prawa dłoń może się niebezpiecznie wykręcać w prawo i
niejako bezradnie się "otwierać"; lewa zaś przy
graniu "w dół", czyli w lewo, też będzie się zachowywać
analogicznie). Przypomina to korzystanie z żelazka w sytuacji dociskania
łokci do boku ciała. "Kciuk nad" może być stosowany,
ale tylko w wyjątkowych sytuacjach – jak na przykład we wspomnianej przed chwilą Rapsodii
hiszpańskiej (dziękuję Dr Szczepańskiemu za pomoc). Podane przez Dr Changa ćwiczenia na
podnoszenie palców przypominają najgorsze możliwe wzorce fortepianowego
średniowiecza. Wczoraj (piszę to 18.09.2006) oglądałem w TV POLONIA program o
Jerzym
Giedroyciu. Czytano fragmenty jego
autobiografii, w której pisał między innymi, że w dzieciństwie musiał brać
lekcje fortepianu, które były dla niego KATORGĄ (właśnie to slowo zostało
użyte). Zapewne przyszły lokator Maison Lafitte był zmuszany do stosowania takiego
sposobu dokonalenia aparatu gry, jaki Dr Chang proponuje w kwestii "podnoszenia palców". Moja skromna osoba
także przez TO przed laty przeszła i do dziś mi ciarki chodzą po plecach na
wspomnienie tej nie mającej żadnego praktycznego uzasadnienia instrumentalnej
tortury. Podobnie fatalne w skutkach jest dla pianisty "pchanie i
ciągnięcie" ! Gdzie tu miejsce na udział grawitacji? To straszne "pchanie i
ciągnięcie" musi być przecież robione mięśniami i to mocno. Wiemy aż nadto
dobrze, CO TO FIZYCZNIE OZNACZA
dla rąk. Wracając do kwestii korzystania z dobrodziejstw grawitacji:
Dr Changa jakby wie, że dzwonią – tylko chyba nie bardzo jest pewien, gdzie i po co... Mimo wszystkiego wyżej powiedzianego
zgadzam się z Dr Changiem w kilku sprawach: 1. Za racjonalne uważam zwrócenie
przez Niego uwagi na wybór grawitacji zamiast siły mięśni, jako głównego
źródła energii potrzebnej do wydobywania dźwięku. Niestety, rozwinięcie tego wątku
jest u Changa mocno zagmatwane: miesza on kwestie działania mechaniki
instrumentu nie mające niczego wspólnego z techniką gry – z problemami wykonawczymi sensu
stricto. 2. Ma też Dr Chang moim zdaniem
rację pisząc o rozluźnieniu; niestety
– i tu aż roi się
od zaciemniających obraz quasi-naukowych wtrętów oraz tłumaczeń typu "masło jest to substancja maślana". Bo jak
inaczej nazwać taki wywód: "Rozluźnienie jest nie tylko
oszczędzaniem energii przez usunięcie niepotrzebnych napięć w mięśniach. Jest
również poszukiwaniem właściwej energii i momentu pędu podobnie jak właściwej
pozycji oraz ruchów ramienia, ręki i palców, które pozwalają na właściwy
wydatek energii". No i jak...? I co o tym można sensownego
powiedzieć? 3. Również, choć Chang wyraża to chyba aż nazbyt naiwnie, ma on
moim zdaniem rację mówiąc, że "Innym złym nawykiem jest
walenie w fortepian bez zwracania uwagi na wyraz muzyczny." W
pewnym innym miejscu zaś po prostu mówi tak, jakby cytował ze Szkiców do
Metody Chopina "Graj z głębi serca ze wszystkimi
emocjami, które odczuwasz." Prawda, że ładne i szczere? Tylko Chopin powiedział
to już dość dawno temu, a Bach jeszcze wcześniej, a żaden z nich nie rościł
sobie najmniejszych pretensji do naukowości. Obaj ci Panowie zresztą nie
mieli nawet magisterium. 4. Bardzo podoba mi się stwierdzenie
Dr Changa, w którym zwraca on uwagę,że "Aby grać muzykalnie musisz
czuć każdą nutę przed jej zagraniem, choćby przez ułamek sekundy. Zaowocuje
to nie tylko lepszą kontrolą i eliminacją błędów, ale pozwoli również na
ciągłą akcelerację spadku klawisza, tak, aby trzonek młoteczka zawsze był
wygięty o odpowiednią wartość zanim młoteczek uderzy w struny."
No i co tu widzimy? Początek idealny – tak, ma w 100% rację, że mówi o "odczuciu",
które nota bene powinno być po prostu antycypowanym wewnętrznym
ZAPROJEKTOWANIEM każdego kolejnego dźwięku lub współbrzmienia, bo to istotnie
jedyny sprawnie, działający z WYPRZEDZENIEM kontroler jakości gry i
zapobiegacz błędów – każdych błędów, strażnik ciągłości myślenia i odczuwania,
wspomagacz "przytomności instrumentalnej", "odprężacz
fizycznego aparatu gry", słowem "X, Y, Z w jednym".
Chang to intuicyjnie, właśnie INTUICYJNIE wyczuwa, ale w dalszej części tego
mikrowywodu, z którego niestety nic dla książki ani jej Czytelników nie
wynika, mamy znowu "naukę" w postaci wplątanego nie
wiadomo na co i po co "wątku młoteczka i akceleracji."
Następuje zaciemnienie i rozmycie przez pseudonaukę tego, co na chwilę
puszczona z jej okowów mądra INTUICJA wymyśliła. 5. Cieszę się, że Dr Chang jest
wysokiego zdania o muzyce J. S. Bacha. Aczkolwiek szkoda, że wyprowadza tak
dziwne wnioski ze swych analiz bachowskich Inwencji ("Pojedyńcze serie równoległe
są niemal trywialne z technicznego punktu widzenia", "...fakt
utworzenia motywów przy pomocy prostych serii równoległych sugeruje, że
wybrane zostały dla swojej wartości pedagogicznej, a treść muzyczna została
dodana później dzięki geniuszowi Bacha", itp.) 6. Dr Chang pisze: "Nic nie jest potencjalnie
groźniejsze dla ucznia niż nauczyciel, którego metody nauczania są
nieelastyczne i skostniałe". Podzielam ten pogląd w całej pełni.
Niestety, trudno znaleźć nauczyciela – w gruncie rzeczy – bardziej
zaślepionego, szerzej wszystkowiedzącego i mocniej pewnego swoich jedynie słusznych
racji, niż Dr Chuan C. Chang... 7. Za absolutnie słuszne, choć znane
od Starożytności, uważam to co Dr Chang mówi na temat pamięci. Pamięć musi
być na wszelkie sposoby ćwiczona, a jej pojemność stale zwiększana. Niestety,
problem ten – może nie tyle w szkolnictwie muzycznym, co ogólnym – bywa
przez niektórych nauczycieli i (aż wstyd powiedzieć) METODYKÓW stawiany od pewnego czasu
na głowie. Otóż kładzie się aktualnie coraz większy nacisk na rozumienie i
rozumowanie, a coraz bardziej zapomina o zapamiętywaniu, uznawanym za przestarzałe przez systemy przygotowujące,
jak się zdaje, obywateli głównie do umiejętności wciskania PIN-kodów i
wypełniania PIT-ów. Nieporozumieniem jest tu w pierwszej kolejności
przeciwstawianie WIEDZY
(zapamiętana ilość logicznie ze sobą powiązanych FAKTÓW) rzekomej umiejętności
rozumowania. O żadnym "rozumowaniu" przecież tak długo nie może być mowy,
jak długo w pamięci rozumującego NIE MA bogactwa FAKTÓW, na podstawie których mógłby on
wyciągać jakiekolwiek wnioski. Nikt mi nie wmówi, że Erazm z Rotterdamu nie umiał myśleć albo, że
Prof. Władysław
Bartoszewski nie ma pojęcia
o logicznym rozumowaniu DLATEGO, że
głowy tych Panów były (Erazm)
lub są (Prof.
Bartoszewski) przeładowane "zbędnymi informacjami" (zbędnych informacji w gruncie rzeczy
NIE MA; mogą być tylko CZASOWO
NIEPRZYDATNE...). Systemy
edukacyjne, o których mówię, raczej chyba chcą usypiać umysły niż budzić je
do twórczego myślenia, które – jak każde myślenie – zaczyna się od przetwarzania POSIADANYCH, a nie NIEOBECNYCH w
pamięci danych. Co umysł ma przetwarzać,
jeśli nie zmuszono go by cokolwiek zapamiętał? Taki umysł jest jak komputer,
który w zasadzie gotów jest do pracy, bo ma wbudowany jakiś program
operacyjny, jednak nie posiadając danych, które mógłby przetworzyć – musi narazie spać, biedaczek. Tak,
tak. Tu Dr Chang ma 100% racji i dobrze się stało, że choć w tym punkcie
zrezygnował z chęci bycia oryginalnym i nowoczesnym zarazem.
Prawdę mówiąc, to chciałbym kiedyś
zobaczyć lekcję prowadzoną przez Dr Changa lub kogoś wykształconego na jego
Metodzie! Nie jestem nawet ciekawy, czy dostając miernie uzdolnionego
studenta rzeczywiście osiągnąłby to co w swych tekstach obiecuje – bo wiem, że coś takiego nie jest po
prostu możliwe; nie jest możliwe nawet bardziej niż zatopienie korka w
jeziorze czy dotarcie z wodą do skóry tłustej gęsi. Niewiarygodna jest czasem
nieruchawość muzycznej myśli
człowieka muzycznie niezdolnego – w tym jednym jedynym konkretnym
MUZYCZNYM zakresie, poza którym może on być nawet i geniuszem. Jest ta
muzyczna pasywność właściwością, z którą nawet nie ma żadnego powodu walczyć,
podobnie jak nie walczy się z daltonizmem czy kolorem skóry. Zawsze bowiem
istnieją pewne określone granice, poza które każdy z nas nie jest się w
stanie rozwinąć; nie wiemy na szczęście, jak daleko się one znajdują powyżej
naszego przeciętnego poziomu. Dlatego musimy próbować, starać się, walczyć o
lepsze. Jednak z ołowiu złota się nie zrobi, a jeśli to nawet możliwe, to
koszty takiej operacji pewnie wiele razy przewyższyłyby wartość uzyskanego
efektu. I dlatego też sądzę, że Dr Chang, wmawiając sobie i innym, że przez
stosowanie jakichś bardzo naukowych metod (jego kompilacja o nich zresztą ani słowem nie
wspomina) można niezdolność
przemienić w talent,
zwyczajnie zapomina o
podstawowym obowiązku i celu pracy człowieka Nauki: o poszukiwaniu
Prawdy i nie rozmijaniu się z Nią za żadną cenę. Przedostatni passus: "Znakomici pianiści potrafią
grać niezwykle szybko – a jak my powinniśmy ćwiczyć, by móc grać w podobnie szybkich
tempach? Proste! Używając ataku akordowego – to jest droga...". Hmmm...! Jakie u tego czlowieka wszystko jest
ślicznie nieskomplikowane! Nie ma przeszkód nie do pokonania! Tak wolno mówić
szamanowi, ale tak nie wypada mówić naukowcowi, który powinien wiedzieć, że
bariery nie do pokonania
mogą się nagle pojawić. Gdyby było inaczej – najbogatsi żyliby najdłużej, a
wcale tak nie jest; Jacqueline Kennedy żyła tylko 65 lat i mimo zaangażowania z pewnością wszystkich
możliwych środków, NAUCE nie udalo się pokonać barier postawionych przez
NATURĘ. Podobnie jest w uczeniu gry na dowolnym instrumencie, w nauce
pływania, w akrobatyce czy skokach narciarskich. Stare przysłowie powiada, że
nawet i w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu. Czy wobec tego mamy tracić
wiarę w sukces? Ależ skąd! Trzeba tylko umieć go dostrzec także w innych
wymiarach niż kariera
wirtuoza...! I ostatnia kwestia,
"Matematyczna Teoria Gry na Fortepianie".
Pisze Chang: "Można z pewnością stwierdzić, że sztuka pianistyczna cierpi z
powodu całkowitego braku analizy matematycznej. A przecież nikt nie wątpi w
to, że prędkość, przyspieszenie, moment pędu, siła, etc. odgrywają zasadniczą
rolę w graniu na fortepianie." Otóż, Drogi Doktorze Chang! Mogę Pana z całą
odpowiednią dla ważności sprawy powagą
zapewnić, że Sztuka Pianistyczna (która na szczęście dla słuchaczy
nadal jeszcze nie jest Nauką Pianistyczną) w ogóle nie cierpi z powodu "całkowitego
braku analizy matematycznej". Powiem więcej: w okresie, w którym
nikomu nie śniło się jeszcze, że tak bardzo naukowo można w ogóle o Niej
myśleć, Sztukę tę z maksymalnym powodzeniem uprawiali ludzie tej klasy co
Chopin, Alkan i Liszt, a także Anton I Artur Rubinsteinowie, Paderewski,
Rachmaninow, Horowitz, Friedmann, Cortot, Richter, a nawet Józef Hofmann, który
jako dziecko współpracował z Th. A.
Edisonem, a potem opatentował ponad 70 wynalazków technicznych. Problem
polega na tym, że elementy, które Pan traktuje jako dla Niej zasadnicze, a to
"prędkość, przyspieszenie, moment pędu, siła, etc", w
gruncie rzeczy są dla Niej elementami bardzo daleko peryferyjnymi,
niestałymi, zależnymi od nieskończenie wielkiej ilości stale zmiennych, w
pełni subiektywnie przeżywanych i osobowo kreowanych okoliczności. A wszak
Platon przestrzegał, by na Nauczyciela nie wybierać sobie Człowieka
zainteresowanego rzeczami, które pod pewnymi względami są stale zmienne...
Nie wypada mi nawet dalej rozwijać tego wątku. Zbliżamy się do wniosku końcowego. Dr Chang pisze: "Ta książka jest równie ważna dla nauczycieli jak dla
studentów, którzy chcieliby grać WSZYSTKO bez OGRANICZEŃ [podkreślenia – moje, SK ] narzuconych przez niewystarczającą
technikę palcową." Ha...!!!!! Sądzę tym niemniej, że w tym ostatnim cytowanym tu zdaniu Dr
Changa znowu jest sporo prawdy: ta książka powinna stać się dla wszystkich
zainteresowanych uczeniem się i nauczaniem pianistyki BARDZO WAŻNĄ przestrogą
– by tak ciekawych i pięknych spraw w podobnie dziwny sposób nigdy więcej nie
przedstawiać. Na zakończenie powiem, że pisanie tej krytyki było najmniej
przyjemnym zajęciem, jakie mnie dotknęło od lat. Od czasu do czasu w moich
tekstach wypowiadam się nawet ciut zlośliwie na temat – zwłaszcza – metod propagujących kulturystykę
pianistyczną. Są to jednak tylko drobne dotknięcia tego i owego w ramach, dla
wielu, bardzo drażliwego tematu. Pisanie o "Metodzie" Dr Changa wprowadziło mnie w
dłużej trwające rozdrażnienie; nie mogłem jednak, wiedząc, że dla wielu jego
książka stała się niemal Biblią pianistyki, nie zwrócić publicznie uwagi na
jej conajmniej dyskusyjny charakter.
Epilog Do wyjaśnienia pozostaje ostatnia kwestia: podziękowania
skierowane do Autora przez licznych, wdzięcznych czytelników jego
książki, zamieszczone przez Dr
Changa na jednej ze stron.
Autor, kierując ku tej właśnie stronie anonsuje ją tak: "Konkursy, potyczki i sukcesy pianistów; pomocne komentarze od
nauczycieli i czytelników." No, trzeba powiedzieć, że na temat konkursów niczego tam
wprawdzie nie znalazłem, ale pozytywnych komentarzy jest wiele. Jak mamy
pogodzić wyżej umieszczone moje uwagi krytyczne z tymi z pewnością szczerymi,
pełnymi szacunku i wdzięczności wypowiedziami Osób, które nie tylko
przeczytały teksty Dr Changa, ale i wprowadziły Jego zalecenia w czyn?
Przyczyna powodzenia "Metody Changa"
jest dla mnie całkowicie zrozumiała. Po prostu i doprawdy NIESTETY jest tak,
że sposoby uczenia gry na fortepianie "na szerokim świecie"
są niewyobrażalnie rozmaite i bywa, że pedagogiką często zajmują się ludzie,
których to ani nie interesuje, ani którzy nie są do tego w żaden sposób
przygotowani. Przez kilka lat uczestniczyłem w internetowym pianistycznym forum
dyskusyjnym, założonym i prowadzonym przez kilkoro amerykańskich fanów
fortepianu. Tezy, z jakimi występowali tam uczniowie, studenci, a także
pedagodzy naszego pięknego instrumentu – głównie z USA, Kanady i Wielkiej
Brytanii –stawiały mi resztki włosów na głowie: nie wyobrażałem sobie, że na
przelomie XX i XXI wieku ludzie mogą mieć poglądy, z którymi w moim
przekonaniu zajmująca się pianistyką ludzkość powinna była rozstać się na
długo przed narodzeniem Chopina. Chaos pojęć, totalna wiara w potrzebę ustawicznego
wzmacniania siły palców, elementarne braki w pojęciach o stylu, psychologii
pracy, ergonomii, roli emocji, a przede wszystkim sprowadzanie techniki do
jej najprymitywniej pojmowanych wąsko-manualnych aspektów; a do tego
wszystkiego jakieś koszmarne zaślepienie i brak woli wyjścia z dusznych i
ciemnych zaułków pianistycznego przesądu... W zestawieniu z takim obrazem spraw praca Dr Chuana C. Changa
istotnie jest rewolucyjnie wielkim krokiem do przodu i nie widzę w tym nic
dziwnego, że ludzie, którzy byli edukowani albo, którzy sami edukują innych w
sztuce gry na fortepianie wedle zasad przekazanych przez tradycję wyrosłą w
czasach Króla Ćwieczka, w omawianej książce Dr Changa zetknęli się niemal z
objawieniem. Metodzie Changa można bardzo wiele zarzucić, jednak
niewątpliwe jest w niej obecne DĄŻENIE DO PORZĄDKU i mająca racjonalne
podstawy tendencja do możliwie precyzyjnego WYRAŻANIA MYŚLI. Ze zrozumiałych
względów nie jestem w stanie przyjąć za dobrą monetę stwierdzeń co rusz
ujawniających tylko niekompetencję Autora, byłoby jednak głęboką
niesprawiedliwością powiedzieć, że ta praca to wysiłek, który nie może
przynieść żadnych pozytywnych owoców. Pytanie tylko: komu...? Dla zachowania właściwych proporcji muszę na koniec podkreślić,
że fakt niemałego powodzenia tej pracy także i w Polsce powinien przynajmniej
wywołać nasze lekkie zaniepokojenie. Bo oznacza to, że mimo wielu lat
wysiłków doprawdy dobrze zorganizowanego systemu kształcenia muzycznego od
lat dotowanego z państwowej (ergo: podatników) kiesy – istnieje
zapotrzebowanie na coś więcej. Że tego WIĘCEJ brak, ludzie mało w
naszej dziedzinie zorientowani, a najwyraźniej szukający pomocy, sięgają po
intelektualnie bardzo przeterminowany towar. Doprawdy nie sądziłem, że w
Polsce taka rzecz może
mieć szanse powodzenia. A jednak...!
A co Ty o tym wszystkim sądzisz? Serdecznie
pozdrawiam – Stefan K. Aktualizacja: 02. 10.
2006 |